Bóg mój i wszystko

Standardowy

Mnóstwo myśli kolebie się ostatnio w mojej głowie. Znowu dużo się dzieje. Jak to w życiu, można by powiedzieć.

Od zamierzchłej już próby zrozumienia wygłupu Zacheusza wchodzącego na drzewo tylko po to, żeby zobaczyć Pana, po teraźniejszość i wieczność. W życiu właziłem na różne drzewa. Były nimi sytuacje, ludzie, którzy wskazywali mi, gdzie Bóg jest. Często zdarzało się także, że podejmowałem wysiłek karkołomnego wejścia na drzewo, ale jak potem się okazywało tamtędy akurat nie przechodził Pan. Sfrustrowany schodziłem mówiąc sobie: „a przecież miał tam być”. Nie było Cię. Była moja wizja, moje oczekiwanie…

Potem było Wszystkich Świętych, w tle Bębenkowe „niechaj Cię Panie wielbią wszystkie Twoje dzieła i święci Twoi niech Cię błogosławią, niech mówią o chwale Twojego królestwa i niech głoszą Twoją potęgę”. Jak słodko jest myśleć o tych, którzy już odeszli, jako o statkach, które odpłynęły w ostatni i niekończący się rejs przygody z Bogiem. Gdy znikają za horyzontem, mnie zostającemu na brzegu jest tak zwyczajnie przykro. Z drugiej zaś strony patrzę na to miejsce zniknięcia, na tę linię widnokręgu z ogromną tęsknotą, żeby samemu już ruszyć w ten rejs.

Czas podsumowań, odporności na porażki. Kiedy patrzę na swoje życie z takiej ludzkiej perspektywy to wiem, że obiektywnie nie wygląda ono na łatwe. Jest takim życiem grzesznika hipokryty – tak usilnie nie chcącego w swoim życiu grzechu, z jednoczesnym przeświadczeniem o nieograniczonej miłości Boga do mnie. On podtrzymuje w istnieniu wszystko. On daje dzień i noc. Daje ludzi, jest pierwszym akceptującym, pierwszym wszystko rozumiejącym, dawcą wolności…

Prawdziwie rozumiana chrześcijańska wolność zakłada, że nawet, gdy nie dam rady i odpuszczę On będzie wierny do końca. I na prawdę nic nie muszę, nic mnie w życiu nie determinuje poza tą słodką kroplą ułomnej miłości do Pana Miłości, oby przeradzającej się w finał wypłynięcia w ten ostatni rejs ciągłego poznawania oceanu Jego samego.

Modlę się Boże do Ciebie, bo modlę…

Standardowy

Dwa dni chodzę z Ewangelią na najbliższą niedzielę w tyle głowy. Rozważam postawy celnika i faryzeusza. Zastanawiam się nad modlitwą.

Poukładana modlitwa systematyczna w jakieś konkretnej formie zawsze sprawiała mi kłopot. Nie jestem i nie lubię być schematyczny. To przekłada się na wszystkie płaszczyzny mojego życia. Ma to sporo negatywów, bo nie wychowuje do pewnej stałości, ale ma też jeden ważny pozytyw – zmusza do kreatywności. Dla jasności nie zamierzam w żaden sposób deprecjonować wartości usystematyzowanej, zawartej w jakimś schemacie modlitwy. Gdybym czegoś takiego się dopuścił to podważyłbym całą modlitewną aktywność Kościoła i owoce, które w moim życiu wydała.

Modlitwa to taka przestrzeń ciągłego przebywania w obecności Boga. To takie uczucie małości wobec Niego. Pierwsze skojarzenie z modlitwą jakie mam to kolorowanka z pierwszej lekcji religii z przedszkola, na której przedstawiony był mały człowieczek na Bożej dłoni. Chyba tak z Nim rozmawiam…

Wracam do tych momentów, w których rozmowa z Nim to był krzyk rozdartej duszy. Dał mi taką niesamowitą łaskę, dzięki której nigdy nie obwiniłem Go za spotykające mnie w życiu zło. Często pytałem Go „dlaczego”, krzyczałem „dlaczego”. Odpowiadał… Wiedział, że damy radę. Sam dawno bym zwariował. Pokazywał, że często to jedynie konsekwencje moich głupot.

Sam realizował swój plan mimo, że uparcie Mu przeszkadzałem. To, że dziś jestem w tym miejscu, w którym jestem to Jego zasługa.

„Boże miej litość…”

Kwiatki świętego Franciszka

Standardowy

Były pomarańcze św. Dominika, czas i na oczywiste kwiatki św. Franciszka, w dniu św. s. Faustyny w Roku Miłosierdzia.

Był 2014 rok, ciepłe październikowe przedpołudnie, sobota – dzień Matki Bożej, 4 – go października we wspomnienie św. Franciszka z Asyżu. Po nocy czuwania, około godziny 9:00 zadzwonił telefon ze szpitala.

- Panie Marcinie zaczęło się, to są ostatnie godziny…

Wyskoczyłem z łóżka, założyłem sutannę nigdy w życiu nie biegłem do szpitala w takim tempie. I ta myślna modlitwa. „Tak kocham Asyż, dziś Twój dzień, nie daj mamie odejść, daj mi przeżyć z nią jeszcze jeden dzień, Biedaczyno, nigdy mnie nie zawiodłeś…” Postawiłem twarde warunki: „jak mi nie pomożesz moja noga już nigdy w Asyżu nie postanie!” Taki iście dziecięcy szantaż, jakby komukolwiek w niebiosach bardziej niż mnie samemu zależało na tym, żeby chodzić po śladach ratującego walący się Kościół.

14:10 Mama przekroczyła próg wieczności. Tam już nie cierpi. I ta pustka, którą choć w jakimś drobnym wymiarze próbują oddać słowa kolędy dla nieobecnych: „choć po głosach ich wciąż drży powietrze…” i świadomość, że już nigdy nikt nie powie słowa „Synu”. Mam fantastycznych orędowników po tamtej stronie, ale tu ich nie ma. I do dziś nie wiem jaki Bóg ma w tym plan. Ufam, że może kiedyś to odkryję, a jak nie, to będzie to jedno z pierwszych pytań, wśród tych o moje inne popaprania, które Mu zadam.

Jak odchodziła patrzyłem na jej dłonie, „spracowane jak poranek, po kolejnej nocy zarwanej, spracowane, ale piękne do dawania wyciągnięte.” To jest taki dotyk którego nigdy się nie zapomina.

Z tym św. Franciszkiem to w ogóle inna historia.

Jako dzieciak byłem zafascynowany fenomenem Ojca Pio, Syna zakonu św. Franciszka, który jak i założyciel nosił na swoim ciele znaki szczególnej miłości do Jezusa. Myślałem nawet, żeby zostać takim zakonnikiem. Zawsze to gdzieś się w mojej głowie kolebało, choć z czasem zmieniły się charyzmaty. Skutkuje to jedynie patronem z bierzmowania i tym, że pielgrzymka akademicka zna mnie pod imieniem Pio, a nie moim własnym.

To imię to takie wyzwanie. Pius – pobożny. Przespałem jego wspomnienie w tym roku, a szkoda.

I jeszcze jedna rzecz, to Wołczyn i Franciszkańskie Spotkanie Młodych, ale to już w ogóle inny rozdział i historia na inny raz.

Zrobiło się wielowątkowo, takie kwiatki… św. Franciszka!

Tymczasem motyw na teraz, modlitwa św. Franciszka, którą proszę codziennie rano Boga, o to by być rzeczywiście Jego narzędziem:

O nic innego nie proszę, tylko o Miłosierdzie…

Standardowy

Wreszcie zakończone kłopoty z ładowarką do laptopa rokują, daj Boże, zwiększeniem częstotliwości przelewania refleksji do mojego duchowego pamiętnika.

Jestem już ponad tydzień w parafii Bożego Miłosierdzia w Grodzisku Mazowieckim. Myślę sobie, że może to Boży znak, Rok Miłosierdzia, parafia Miłosierdzia, a  życie życiem…

Codziennie odmawiamy tu koronkę przy wystawionym Jezusie. Patrzy na nas z monstrancji. Codziennie są tu Ci sami ludzie. Poczciwe staruszki, których twarze czasem utrudzone życiem, czasem dające wyraz jakieś życiowej frustracji, bo przecież nie wszystko wyszło w życiu tak jakbyśmy chcieli, pokazują prawdziwy obraz Ecclesia Militans. Tacy wojownicy w moherowych przyłbicach, z laską jako mieczem i różańcem zamiast tarczy toczą największą walkę w dziejach ludzkości wyszarpując Bogu z Jego nieskończonych pokładów łaski tę najcenniejszą- zbawienie dzięki Miłosierdziu.

A na Kościele wielki napis. Jezu ufam Tobie! Paradoksalnie pod obrazem go nie ma. A przecież święta Siostra Faustyna mówiła, że ma być podpisany, a przecież w dzienniczku jest, że Jezus wychodzi z mroku. Tutaj nie ma podpisu, a Jezus jest na jasnym tle. Tak przekornie, po ludzku. Podpis jest na zewnątrz. A ten Jezus jaki ludzki… Taki Miłosierny. Słysząc cały raban i spór wobec konieczności ewentualnej wymiany, albo podpisu obrazu nachodzi mnie refleksja, że już wiem, co miał na myśli Ambroży, albo Augustyn, bo autorstwa nie jesteśmy pewni pisząc w Exultecie- „tutaj się łączy niebo z ziemią, sprawy Boskie, ze sprawami ludzkimi”.

Tyle w tym Kościele niedopowiedzeń, nawet autorstwa Orędzia Paschalnego nie jesteśmy pewni. A Jezus, połączony z podpisem przed Kościołem patrzy na nas z obrazu w Grodzisku Mazowieckim i mówi: „Moimi są”, „Kto o wiele prosi, wiele otrzyma”. Korzystam, proszę o wszystko od razu, jak narwany, więcej i więcej. O Miłosierdzie dla świata całego i dla mnie.

Pomarańcze św. Dominika

Standardowy

„Wszędzie, wszystkim i na wszystkie sposoby”

Często to dla mnie zdanie wytrych, którym atakuję w najmniej spodziewanym momencie moich braci mających skostniałe wizje działania Kościoła. Staram się jednocześnie nie negować ich wizji, pokazując jedynie, że Kościół wbrew pozorom jest szeroki w granicach swojej ortodoksji i jest w nim miejsce dla mnie TradiKatoLewaka i innych twórczo spierających się frakcji. To taka moja współczesna synteza przewrotu, który w ugruntowanym Kościele dokonał się przez Dominika i Franciszka.

Regularnie powtarzam znajomym dominikanom, że Kościół bez nich świetnie by sobie radził. Jednak sam nie jestem do tego twierdzenia przekonany. Robię to tylko po to, żeby przytrzeć im nosa i patrzeć z zazdrością jak zaciekle bronią swojego zakonu. Tego im nie powiem, bo utoną w pysze. Zresztą ta ich ewangeliczna buta jest czymś, co mi bardzo w tym zakonie imponuje. Ja chyba nie umiałbym i nie chciałbym tak bronić moich „czarnych” braci. Z tym to w ogóle wiąże się jeszcze inna historia. Ja nie lubię księży, ot taki paradoks.

Gdybym miał wybierać osobisty charyzmat bez wahania rzuciłbym „Dominik”.

Zatem trochę mojej historii. Pod koniec pierwszego roku seminarium podjąłem decyzję: „chcę spróbować”, głoszenie, biały habit, wolność, pielęgnacja indywidualnych predyspozycji i wykorzystanie ich dla Ewangelii stojące w opozycji do mimo wszystko jakiegoś rodzaju uniformizacji kleru diecezjalnego bardzo mnie pociągały. Sprawy obgadane z Ojcem duchownym. Idę! Ale nie tak prędko. Pan Bóg miał nieco inny plan. Mama zachorowała. Przecież nie pójdę do nowicjatu, nie wyrwę się na rok z życia rodzinnego. To byłoby wbrew obowiązkom wobec rodziców. Zostałem. Zajęty całą rzeczywistością jakoś zapomniałem o Dominiku i całej tej bandzie jego psów.

Wątek dygresyjny, ale ważny. Ten blog był świadkiem wydarzeń związanych z odchodzeniem mojego taty. Zmarł 31 lipca, we wspomnienie św. Ignacego z Loyoli, gościa, który postawił Kościół na nogi po reformacji, 8 sierpnia zmarł mój Proboszcz, człowiek, który bardzo mocno odcisnął się na moim powołaniu- też sobie wybrał dzień… no i, żeby tych „zbiegów okoliczności” było mało to patronem śmierci mojej mamy jest św. Franciszek- 4 października. Ale trio!

Wróćmy do wątku. Ci dominikanie to takie różne psy. Czasem wierne czasem nie. Ci, których poznałem bardzo dużo wnieśli do mojego życia. Kiedy jechałem na praktykę do Jarosławia, jedną z myśli, która przemknęła mi przez głowę było: „są tam dominikanie, nie zginę…” I byli, a ja chyba trochę zginałem, ale ostatecznie nie jest najgorzej.

Mam wrażenie, że w Warszawie funkcjonujemy w dość mocno widocznej opozycji, w rywalizacji nie do końca zdrowej. Ja czasem dezerteruję. Wybieram braci białych i idę do nich modlić się. Czasem nawet zdarzało mi się za to obrywać.

Jeden mecz, jedna bramka życia wiecznego, gdyby tak udoskonalić współpracę miedzy graczami…- marzenie ściętej głowy. Są lepsi, nie ukrywajmy.

Znów pojadę do Rzymu, wejdę do bazyliki św. Sabiny, odwiedzę pomarańczowy ogród. Trzy razy pomyślę, że to moje miejsce. Wyjdę i przypomnę sobie o tym 8 sierpnia. Odwiedzę Czesława we Wrocławiu, Jacka w Krakowie, pójdę na Służew i na Freta, na chwilę przeniosę się do Gidli, gdzie według sennych proroctw mam umrzeć i złożyć swoją doczesną marność. I pójdę w świat cały czas zastanawiając się jak to jest być psem Pana Boga, jeść dżem św. Katarzyny, i głosić „wszędzie, wszystkim i na wszystkie sposoby”.

Dominiku nie płacz już, wyproś tylko i dla mnie miejsce pod Jej płaszczem!

Błogosławieni miłosierni…

Standardowy

„Wznoszę swe oczy ku górom…”

Czas ŚDM, coś niesamowitego. Czas działania Boga w Kościele, czas Jego epifanii w młodych. Wróciłem do domu, po ciężkich wojażach zasiadam przed komputerem, działającym na pożyczonym zasilaczu i myślę nad tym, co ostatnio za mną. Słucham hymnu i mam trochę wrażenie, że to wszystko działo się obok mnie. Może było za mało mojego zaangażowania, a może tak miało być, może w Warszawie i w Krakowie miałem taką właśnie rolę odegrać i tak właśnie przeżyć ten czas.

Dla mnie  był to czas naznaczony spotkaniami, bardzo różnymi, z bardzo różnymi ludźmi. Czas czynienia i korzystania z dobrodziejstw miłosierdzia. Czas powtarzania sobie codziennie, że: „Kto dla mojego imienia opuści, dom, ojca i matkę stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy…” Tak też było i tym razem.

Etap warszawski pozostanie w mojej pamięci jako miejsce regularnej duchowej ucieczki i azylu, który znajdowałem w najmniej spodziewanych miejscach. Bardzo mi to jest teraz potrzebne. Pan Bóg jawi się po raz kolejny jako ten, który zaskakuje i powala. Czasem się zastanawiam, gdzie w tym wszystkim jest. Wtedy patrzę ludziom w oczy i odpowiedzi nasuwają się same. Jest wszędzie, w tym całym pomieszaniu, które nie zawsze da się objąć i zrozumieć. Jestem ciekaw dalszej części Jego planu!

Kraków. „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.” Moje grzeszne życie powoduje, że tylko w realizacji tych słów upatruję szansy zbawienia.

Kiedy weszliśmy do sali, w której mieliśmy leżeć pokotem w 22-óch pierwsze, o czym pomyślałem, zaraz po kilku niecenzuralnych określeniach rzeczywistości, to błaganie w duszy o to, żeby Jezus mnie jak najszybciej zabrał z tego miejsca, bo chciałbym mieć też możliwość przeżyć dobrze ten czas. A, że łaska  buduje na naturze najedzonej i wyspanej, a w tych warunkach o to drugie byłoby trudno, a Jezus powiedział proście, a będzie wam dane, zuchwale wyraziłem pragnienie szybkiego ulotnienia się stamtąd i poszukania wygodniejszego lokum. Nie chodzi tu o wygodnictwo, choć może jednak powinienem pokusić się o jakiś wymiar ascezy. Z pomocą przyszli dobrzy ludzie odstępując nam swoje mieszkanie. Mając wybór ćwiczenia się w ascezie lub postąpienia na drodze wzrostu w cnocie roztropności, wybrałem tę drugą opcję i ucząc się przyjmować dary pozwoliłem dobrym duszom na spełnienie wobec mnie uczynku miłosierdzia- podróżnych w dom przyjąć. I najlepsze miało się dopiero zacząć…

Tak korzystaliśmy sobie z dobrodziejstw jakie otrzymaliśmy, aż w piątek wieczorem spotkaliśmy na rynku w Krakowie znajome znajomych znajomych znajome i może jeszcze dalej w tych specyficznych koligacjach, w każdym razie zakonnice. Miały szalony pomysł nocowania na ulicy. Zabraliśmy je do domu. Błogosławieni miłosierni… tak w praktyce. Chrześcijaństwo w pigułce. Chciałbym, żeby tak było zawsze.

Wracając z Campus Misericordiae z Brzegów spotkałem znajomego z towarzyszkami. Miałem to szczęście mieszkania w tej części Krakowa, do której z Brzegów jest nieco ponad 7 km. Wracając gdzieś mimochodem wspomnieli o tym, że są strasznie głodni. Zastanawiając się co im poradzić, gdzie mogą szybko zjeść i widząc ten przerażający tłum głodnych ludzi nacierających na miasto pomyślałem, że nie mogę skazywać ich na niepewny los pozostawania głodnymi. Kupiłem 15 jajek i zaprosiwszy kolejnych ludzi z ulicy do domu naszych gospodarzy nakarmiłem i wyprawiłem w drogę. I nie chodzi o to, żeby się tym chwalić, tylko o tę wracającą myśl- to jest chrześcijaństwo. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych mnie uczyniliście”. Może to będzie mój bilet chociaż na kawałek drogi do nieba…

Mimo ogromu pięknych spotkań od Ojca Świętego począwszy, skończywszy na przypadkowo spotkanych na ulicy znajomych, te dwa wydarzenia wryły się w moją świadomość najmocniej.

A, no i byłem na koncercie ks. Roba Galei, którego jestem fanem, także samo dobro, samo dobro!

Wracam…

Standardowy

Myślałem, że w wakacje będę miał więcej czasu na jakąś osobistą refleksję nad życiem, Jezusem, Ewangelią… Życie jak zwykle weryfikuje moje plany, marzenia i oczekiwania. I tak od początku tego czasu stałem się szczęśliwym „nieposiadaczem” sprawnego komputera z powodu awarii zasilacza. Choć myślami wracałem do mojego duchowego pamiętnika. A dzieje się bardzo dużo.

Najpierw wyjazd z niewidomymi do Wrocławia. Nie byłem zachwycony na myśl o tym, że muszę tam jechać. Właściwie to w ogóle mi nie było to na rękę, bo jak już wcześniej pisałem miałem wtedy współprowadzić rekolekcje Duszpasterstwa Młodzieży Nazaretańskiej. I choć trudno mi jakoś jednoznacznie ocenić owoce tego czasu, jedną z rzeczy, która mnie urzekła jest dostrzeżenie faktu, że widzenie może często powodować wadę, a nawet utratę wzroku duchowego. Adoracje niewidomych to coś niebywałego. Pełne zaufanie niewidomego do przewodnika można w prostej analogii odnieść do zaufania Bogu. I tu pojawiają się życiowe schody, krawężniki, progi i wysoko-podłogowe tramwaje.

Tak bardzo ostatnio cieszę się ludźmi. Tak bardzo potrzebowałem nowych niehermetycznych relacji. Czuję jakieś wyzwolenie. Aż dziwne wyzwolenie. A jednak budzi we mnie postawę wdzięczności Bogu. Proszę Go o różne rzeczy. Zazwyczaj mnie zaskakuje. Najczęściej mocno! Zmienia drastycznie obrót sprawy. Mówi: „chciałeś to masz” i patrzy z litosnym, sobie właściwym spojrzeniem. Piszę o nim już trzeci raz. Nie mogę przestać chyba tylko dlatego, że czuję ten wzrok na sobie cały czas.

Przez „chciałeś to masz” myślę o sobie jako małym człowieku, który potrzebuje wszystkiego, a wszystko, co mam, jest darem… Panie zmiłuj się nade mną! Ty wiesz czego mi potrzeba, po prostu to daj i prowadź swoją drogą. A jak coś pójdzie nie tak to błogosław. Tego jestem pewien, że będziesz błogosławił, w końcu Ty jesteś wierny!

Życie jesteś chwilą…

Standardowy

„Bo po każdej burzy wychodzi słońce.” Przed chwilą przez Śródmieście przetoczyła się prawie nawałnica, a już się przejaśnia. To zupełnie tak samo jak w życiu. Nie lubię tych moich życiowych nawałnic. Są one jak burze na pełnym morzu, podczas, gdy ja czasem czuję się jak potężny statek, który łagodnie unosi się i opada na falach, a czasem jak targana falami tratwa. Chyba częściej towarzyszy mi ten drugi stan. W obu przypadkach kurczowo trzymam ster, próbując utrzymać się na powierzchni. Muszę mieć  nad wszystkim kontrolę. Kiedy zaczynam płynąć w niewiadomym kierunku, czuję niepokój, czasem panikuję. Czekam wtedy na dzień ciszy na morzu. Zazwyczaj przychodzi. Czasem taki wyjęty psu z gardła, to taki „święty spokój”, a czasem jest to pokój od Niego. Wystarczy tylko Jemu oddać ster…

Zakończyłem dziś sesję. Jest za co Bogu dziękować. Nie było, aż tak trudno, ale sporo tego wszystkiego. To moja przedostatnia sesja. Szczęśliwie płynnie idę dalej. Jest rok miłosierdzia. Tak się ciekawie poskładało, że w przyszłym roku akademickim zaczynam praktyki w parafii Miłosierdzia Bożego w Grodzisku Mazowieckim. Ciągle ostatnio chodzi za mną zdanie „proście, a będzie wam dane”, a że mało otrzymujemy, bo o mało prosimy, to ja zaczynam prosić czasem wręcz zuchwale. Prosić o miłosierdzie.

Życie jest proste, tylko lubimy je sobie komplikować. Myślę dziś o prostocie Boga, o prostocie serca, na wzór serca Boga. Życie to tylko chwila, tchnienie wobec wieczności z Bogiem. Mam dzień dzisiejszy by być bliżej i bliżej. To trudne, ale takie kojące. Kiedy myślę o niebie, myślę o ciągłym miłowaniu, bardziej i mocniej, poznawaniu niepoznawalnego, to mnie absolutnie przekracza, a jednocześnie jest tak mocno we mnie, słabym i grzesznym. Spoglądam przez to z dystansem na sesyjny sukces, myślę sobie, że w oczach Bożych to tylko taki epizodzik, kolejne ziarno, które lepi całość tej chwili bycia tutaj i podróżowania do Boga w fascynującej podróży życia.

Don’t you worry child, See heaven’s got a plan for you…

Standardowy

Piosenki Swedisch House Mafia „Don’t you worry chlid” słucham nałogowo w chwilach trudnych w tym roku. Ciągła niepewność tego, co dalej popychała mnie w życiu w różne strony. Czasem doświadczałem zgorzknienia, interpretacji faktów jako ciągu zdarzeń zmierzających do celu, z którego najdelikatniej rzecz ujmują nie byłbym zadowolony. W tę rzeczywistość wkracza Pan Bóg, jak taran. Ja czułem się trochę jak Titanic trafiający na górę lodową. I chyba nawet poszedłem na dno, straciłem masę czasu i energii, może nawet nie wykorzystałem wszystkich szalup ratunkowych, ocaliłem w sobie tylko „pasażerów pierwszej klasy”. Dobrze, że chociaż tyle ocaliłem, bo dało mi to bilet do nowego świata.

Czasem jak zbuduję taki obraz, to sam gubię się w jego wielopoziomowości. Ciągle powtarzam, sam sobie przypominam, że we wszystkich wydarzeniach mojego życia był Pan Bóg! Nawet jak Go nie widziałem, albo nawet jak byłem daleko od Niego, to tak mnie prowadził, że przez to oddalenie szukałem Go bardziej i mocniej.

Czuję się prawdziwie dzieckiem, w dłoniach Boga. I choć jako facetowi trudno przyznawać mi się do bezbronności, to tutaj chcę taki być. Jego, tylko Jego i dla Niego. To, jak mnie wyzwala z wizji samego siebie to cholernie bolesny proces, ale jednocześnie uszczęśliwiający. Kiedyś już pisałem o tym wzroku Boskiego politowania, z którym Bóg często na nas patrzy, to taka litosna miłość, która mówi: „głową muru nie przebijesz, ale nabij sobie guza, to Cię nauczy, że wystarczy mi o tym powiedzieć, a jednym aktem wszystkie przeciwności zamienię w pył. Ale nie według twojego misternego planu. Ja wiem, co robię. Mam dla Ciebie lepszy plan drogie dziecko”

Miłujcie się wzajemnie, tak jak ja was umiłowałem!

Standardowy

Pozostaje w tym samym kluczu swoich rozważań. Choć ostatnio zatrzymałem się nad samotnością, taką Bożą, Jezusową samotnością, zaczęła dobijać się do mnie myśl, że przecież wszystko jest po coś. Jeśli Jezus tego chce, jeśli to, co robię, trud, który podejmuję jest z Boga to jednocześnie jest po coś, a raczej ze względu na kogoś! Brzmi jak truizm. W rzeczywistości nie do zrealizowania. Bez Boga niemożliwe. Bo tak naprawdę to po prostu Miłość samego Boga, darmo dana, uzdalnia do dawania siebie innym. Wszystko jest po to!

Jak miałem praktyki w szkole w LO starałem się zaszczepić młodzieży jedną ideę. Chciałem, żeby po tym moim pół roku chociaż to zostało. Jest to tak oczywista prawda, a zarazem tak dobitna, że z butów wyrywa. Sam ją odkryłem w zeszłym roku. Chodzę z nią już  jakieś 9 miesięcy i nie mogę się nadziwić.

Mieliśmy pierwszy wykład z prawa kanonicznego dotyczący prawa małżeńskiego. Profesor mówił o teologii sakramentu małżeństwa. I się zaczęło. Mówił czym jest miłość chrześcijańska. Posługiwał się dwoma obrazami ewangelicznymi. Pierwszy, kiedy Jezus zapytany o to, które przykazanie w prawie jest największe odpowiada przykazaniem miłości. Drugi, kiedy Jezus zapytany: „jak mamy kochać?” Odpowiada: „Miłujcie się wzajemnie, tak jak ja was umiłowałem.” A skoro „wypełnieniem prawa jest Miłość, kto miłuje bliźniego wypełnił prawo” zadałem sobie pytanie, ale jak mam miłować?

Odpowiedz przyszła natychmiast, przyprawiła mnie o smutek i wewnętrzny ból. To coś więcej niż „bliźniego swego jak siebie samego”. Jezus ukochał po krzyż. Cierpiał. To oznacza, że prawdziwie kochając ludzi, do których mnie pośle będę cierpiał. Nie chcę cierpieć, przecież nikt nie chce… I zastanawiałem się, czy potrafię się zgodzić na to cierpienie.

To mówiłem licealistom, jako najwspanialszą nowinę o Jezusie i największe zadanie, do którego nas chrześcijan wzywa. Sam nie wiem czy podołam. Życie pokazuje, że bywa różnie. Dziś proszę Jezusa o to, żeby „miłością rozlaną w sercach waszych” napełniał mnie i wszystkich wokół.

Samotność… Dla Jezusa…

Standardowy

Czasem czuję się jak kosmita. Zostawiłem wszystko. Przyjaciół, znajomych, dom rodzinny, jakiś rodzaj samorealizacji, niezależności. I nie mówię tego po to, żeby pokazać jak wielką ofiarę z życia złożyłem, ani też po to, żeby odbierać za to laudacje tutaj. Wolałbym raczej w przyszłości, tej pośmiertnej usłyszeć: „Dobrze sługo dobry i wierny wejdź do radości swojego Pana.”

Jestem w tym strasznie szczęśliwy. Coraz dobitniej przekonuję się, że zasada „w życiu nie można mieć wszystkiego” jest najprawdziwszą prawdą. Ja 24 listopada 2012 roku podjąłem decyzję ostateczną. Powiedziałem tak Jezusowi, i choć czasem myślę, co by było gdyby, to zazwyczaj sprowadzam to do prostej konkluzji: decyzja podjęta, sprawa zakończona, klamka zapadła. Realizacja jest szalenie trudna. Sam nie dam rady. Ufam, że Bóg pomoże.

Ostatnimi czasy pracuję, z takim zintensyfikowaniem jak nigdy dotąd. Mam wrażenie, że przez ostatnie trzy tygodnie zrobiłem więcej niż przez całe swoje życie. Tak jakbym toczył czołową bitwę. Czuję taki przypływ mocy, powrót gorliwości, ponowne złapanie równowagi, po trudnych życiowych doświadczeniach. Mimo, że nie wszystko się układa, czuję się stabilnie w objęciach mojego Boga.

Ostatnio ogałaca we mnie wszystkie pragnienia. Pokazuje, gdzie relacyjnie niedomagam, gdzie potrzeba uzdrowienia, bo chowam jakąś urazę, gdzie spuszczenia z tonu, gdzie więcej ludzkiej życzliwości, gdzie wyakcentowania wolności, pokazuje gdzie brakuje Jego na pierwszym miejscu.

Tak bardzo chciałbym, żeby moje życie, moja samotność szukały ratunku w ciszy zbawienia Boga. Świat w tym nie pomaga. Od wczoraj zastanawiam się, co znaczy, że my chrześcijanie mamy być „solą ziemi i światłem świata”. „Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?”

Czasem tracę smak, czasem wskazuję na siebie, nie na Jezusa, a czasem po prostu odpuszczam, gdy powinienem walczyć do końca. Sól może nadać potrawie smak, a może też ten smak zepsuć. Światło może wskazywać drogę, a może też oślepić.

Zachwycam się ludźmi, którzy potrafią sobą wnieść coś dobrego, pełnego artyzmu życia do świata. Codziennie wybieram tutaj jakiś motyw przewodni. Ludovico Einaudi- trochę nostalgicznie. Towarzyszył mi w lipcu zeszłego roku, kiedy podejmując dodatkową praktykę w Jarosławiu już odchodziłem od zmysłów nie mogąc wytrzymać sam ze sobą. Rozważając i mocując się: czego chce ode mnie Bóg? Czy w ogóle jest ze mną w tym czasie? Był i koił przez te proste nuty. I ten wideoclip, który dziś odkryłem wyraża to swoiste targanie mną.

Bóg nigdy nie daje nam takich doświadczeń, których nie bylibyśmy w stanie unieść. I pewnie nie raz jeszcze w sobie doświadczę takiego rozkołatania. Często myślę o tym doświadczeniu, jako o czymś, o co jestem bogatszy. Oby udało się na tym budować dobro.

 

„Serce Jezusa ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone.”

Standardowy

Na początku było Serce Jezusa

A Serce Jezusa było u Boga

I Bogiem było Serce Jezusa

Serce Jezusa było na początku u Boga

Wszystko stało się przez Serce Jezusa

A bez Serca Jezusa nic się nie stało, co się stało

W Sercu Jezusa było życie!

Tak zacząłem dzisiejsze rozważanie, które wygłosiłem we wspólnocie seminaryjnej na nabożeństwie czerwcowym. Dalej kontynuowałem: Pozwoliłem sobie na parafrazę prologu Ewangelii według świętego Jana- tekstu, który najdobitniej mówi o boskim charakterze Słowa Bożego. Słowo Boga to środek wyrazu objawienia o Tym, który dokonuje dzieła zbawienia świata. Najpełniej dzieło to wyraża się w misji Jezusa.

Słowo Boże przylgnęło do Boga, stało się Bogiem, ma szczególne miejsce w boskim Sercu Jezusa. Wezwanie, które dzisiaj rozważamy mówi o zjednoczeniu istotowym, najgłębszym, takim które jest charakterystyczne dla Osób w Trójcy. To niesamowite w Bogu, że staje się środkiem do osiągnięcia zbawienia dla człowieka, Słowem, Lampą, Drogowskazem, pośrednikiem doskonale zjednoczonym także z naszą, upadłą ludzką naturą.

Serce Jezusa to przykład dla naszych serc. Zatem skoro Serce Jezusa jest Słowem Bożym to i w naszych sercach pierwszym, podstawowym gwarantem życia laski jest naświetlanie wyborów życiowych Słowem Boga.

Każdy z nas może dziś zadać sobie pytanie: czy podejmując życiowe decyzje przyglądam się im w świetle Słowa Bożego? Czy karmię swoje życie łaski pokarmem Słowa samego Boga? Czy jestem otwarty na natchnienia, które Bóg mi daje przez swoje Słowo- niekończące się źródło?

Serce Jezusa ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone- zmiłuj się nad nami!

Tak to czytam znów i myślę sobie: niezły teologiczny bełkot. Znów się czepiam, tym razem, co ciekawe, sam siebie. W końcu to kazanie do alumnów, takie na poziomie, takie duchowe, takie teologiczne, prawdziwe, metodologicznie poprawne, systematyczna myśl, przejście od Ewangelii do życia, wszystko zgodnie z zasadami konstruowania homilii i kazań. Pochwaliłem się, to teraz spróbuję wyciągnąć jakąś treść dla siebie i dla mojego pamiętnika duchowego.

Myślę teraz nad upodobnieniem mojego serca do Serca Jezusa. Jego było tak przesiąknięte Słowem Boga, że aż samo było Słowem- Bogiem. „Staniecie się niby Bogowie” w świetle i dzięki przewodnictwu Słowa. „Wiara rodzi się ze słuchania.” Do słuchania trzeba pokory i posłuszeństwa. I tak zostaje znów w kontekście swoich przemyśleń z przestrzeni ostatnich kilku dni. Ale, żeby słuchać trzeba jeszcze osobistego zaangażowania, we wczytywanie się w Słowo Boga i w nieustanne szukanie Jego woli oraz w odczytywanie poruszeń mojego serca. Tak łatwo to zbagatelizować, albo przyzwyczaić się do Słowa obcując z nim na co dzień, cały czas. Proszę już jakiś czas Boga o taką otwartość serca, aby wypełnione Krwią Słowa, dawało tętno łaski potrzebne do działania w imię Jezusa!

Woda jako znak łaski

Standardowy

Dziś przygotowywaliśmy kolejne już wakacyjne rekolekcje Duszpasterstwa Młodzieży Nazaretańskiej. Mimo, że Bóg cały czas daje mi dowody swojej obecności w moim życiu, to zazwyczaj widzę je dopiero po czasie. Rzadko mam doświadczenie Jego asystencji tak po prostu w działaniu. Dziś było inaczej. Dziś zachwycił mnie natchnieniami, tym jak sprawnie i logicznie nam się to wszystko układało. Wydaje mi się, że powstał fundament pod solidne dzieło Boże. Pracowaliśmy nad dość karkołomną próbą stworzenia jakieś hybrydy z wydarzeń, które w tym roku są mocno akcentowane w Kościele. Chodzi o 1050 rocznicę chrztu Polski, oraz o Rok Miłosierdzia. Jak to się będzie realizowało mam nadzieję opiszę w trakcie trwania rekolekcji. Dziś chyba na chwilę zatrzymam się nad moim własnym chrztem, a raczej jego rozumieniem.

13 października 1991 roku, cieszę się, że pamiętam datę. Dziś zastanawialiśmy się nad tym, co zaproponować młodzieży na pracę w grupach, kiedy będziemy mówili o łasce chrztu. Jakie skutki ten sakrament przynosi w moim życiu? I tak znam teologię: zanurzenie w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, nowe życie itd. To wszystko prawda, ale…

Stwierdziłem, że tak naprawdę nie wiem, co daje mi chrzest, bo nie pamiętam takiego momentu w życiu, w którym nie byłem uzbrojony w łaskę tego sakramentu. Chyba rodzi się we mnie jakaś forma dziękczynienia. I nie jest tak, że nie wiem w skutek ignorancji, po prostu nigdy nie było inaczej. Moja rzeczywistość to stan ciągłego czerpania ze źródła, które nigdy się nie skończy, to członkostwo w najlepiej działającej „instytucji” świata, „korporacji zbawienia”. I choć czasem nawet kleryka odrzuca grzeszna, ludzka twarz Kościoła, to i tak cieszę się ze swojej przynależności do Niego dzięki łasce chrztu.

„Tyś jest mój Bóg, pieczęć Twoją mam na sercu!”

„Gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich…”

Standardowy

Dziś w Warszawie na Wilanowie odbywał się dzień dziękczynienia. Naród wierny swojemu zobowiązaniu buduje tam świątynię, jako wotum wdzięczności narodu, za nieustającą Bożą opiekę nad nami. Opatrzność, choć w samym słowie, przynajmniej dla mnie, brzmi tak jakoś obco,to nie mam wątpliwości, że realizuje się w codzienności.

Wspominałem już o moim osobistym doświadczeniu Boga, który nigdy mnie nie opuścił. Mimo, że z moją wiernością Jemu bywało różnie. Dziś dziękując Bogu za Kościół myślałem nad posłuszeństwem.

Pierwszym posłusznym, wiernym swojej miłości do człowieka jest Bóg. Szczególnie w Synu, który doskonale wypełnił wolę Ojca. Czasem brzmi to dla mnie jak jakiś homiletyczny bełkot. Prawdziwy owszem, nie chcę spłycać, ale tak trudny do realizacji, że czasem w środku skręca. Przecież ja wiem najlepiej, co dla mnie dobre. Tylko hipotetycznie. Choć przecież Bóg, nieskończenie wolny, obdarzył mnie wolnością właśnie po to, by kierując się sumieniem wybierać. Nikt za mnie tego nie zrobi. Św. Augustyn jak mantrę powtarzał: „raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę”.

Nie żyję jednak na tej planecie jak Adam przed stworzeniem Ewy- sam, choć nieraz bym chciał. Relacje ciągle wystawiają nasze poszczególne posłuszeństwa Bogu na próbę. Szczególnie te wertykalne, relacje mojej zależności od innych i innych ode mnie. Często pytam siebie, czy w moich wyborach jest obecny Bóg? Czy w wyborach, które są mi narzucone z zewnątrz realizuje się wola Boga? Czasem nie wiem. Czasem walę głową w mur z bezsilności, krzycząc o ewangelię i odrobinę serca. Czasem w ogóle stwierdzam, że sposób w jaki toczy się rzeczywistość jest zupełnie różna od woli Boga. Powiem więcej, myślę, że często tak po prostu jest. To są tryumfy złego.

Ale właśnie! Bóg jest posłuszny, nie może się odwrócić. Nawet jeśli ja, czy ktokolwiek inny podejmuje w życiu decyzje, które nie są zgodne z Jego zamysłem, On podejmuje ryzyko, wchodzi niejako w ludzki plan i go wypełnia sobą. „Skarbnico wszelkiego dobra, która wszędzie jesteś i wszystko wypełniasz.” I to jest w Nim najbardziej niesamowite. Do tej pory zawsze pokazywał mi, że z największego smrodu potrafi wyciągnąć dobro. Działa trochę jak strażak, który reaguje już jak coś się dzieje, bo szanuje moją wolność. Czeka, aż krzyknę: ratuj! Patrzy z takim nielekceważącym uśmiechem boskiego politowania i wyciąga rękę, doprowadzając swój plan do końca.

Dziś w procesji franciszkanie przynieśli nam relikwie O. Kolbe. Franciszek Gajowniczek, za którego ojciec Maksymilian oddał życie mieszkał niedaleko mojej rodzinnej Rawy. W kościele parafialnym, wisiał w bocznym ołtarzu obraz Kolbego. Dziś słucham aranżacji muzycznej jego ostatniego listu napisanego do mamy. Mam w głowie dwa tak skrajne obrazy. Z jednej strony, będąc kilka razy w Auschwitz mam przed oczyma piekło obozu zagłady, taką wizję zła samego w sobie, w najczystszej postaci, przerażającego i odrażającego, z drugiej słyszę taki pokój i taką normalność, co wyraża tytuł, będący cytatem z tego listu. On to wszystko widział, był prawdziwie mistyczny w swoim zawierzeniu opatrzności, Maryi Niepokalanej, do końca wypełniając wolę Boga, będąc absolutnie posłusznym.

Ciągle nie dorastam. Dużo jeszcze we mnie buntu. Jeszcze wiele razy Bóg będzie moim strażakiem, zanim stanie się kreatorem całości rzeczywistości. Ale ufam, że z wielką miłością o mnie pamięta, i że kiedyś to nastąpi!

LEDNICA

Standardowy

I tak jak pisałem wczoraj, wracam do wspomnień. Lednica. 1050 rocznica chrztu Polski. Ale nie tylko, Lednica to moje osobiste źródło. Nawet w swoim podaniu do seminarium, podając okoliczności rodzenia się mojego powołania wyróżniłem wybór Chrystusa na mojego Pana nad Lednicą. Tam Jezus zawsze do mnie przemawiał. Od 10 lat Lednica jest dla mnie drugą Wielkanocą w roku. Dniem utęsknionym i wyczekiwanym. Dniem corocznej gruntownej spowiedzi, naładowania akumulatorów wiary.

I może pierwotnie była to tęsknota za jakimś rodzajem flow. Takim emocjonalnym naszprycowaniem się Bogiem. Jak się później okazuje Pan i na tym potrafi budować, a ja z dawania emocjom w wierze marginalnego miejsca dokonałem dowartościowania ich pozycji w życiu. Jasne, we wszystkim trzeba zachować równowagę, jednak Pan Bóg stworzył i ukształtował nas właśnie takimi, emocjonalnymi i duchowymi, rozumnymi. Dziś taka antropologia mi towarzyszy, to taki mały krok do wolności, o której niedawno pisałem. Przez to pozwoliłem sobie na przeżywanie emocji, otworzyłem się na próbę zrozumienia mechanizmów w jakich działają. Ale jeszcze dużo przede mną, czasem myślę, że innym już nie daję takiej wolności i nie do końca rozumiem, co przeżywają. Chciałbym, kiedyś osiągnąć taki poziom empatii, który pozwoli mi być dla ludzi prawdziwie Jezusowym.

Tak trochę odpłynąłem od wątku, ale w końcu ten blog miało pisać życie, a to są moje przemyślenia na ten czas. Ale wróćmy.

Będzie mi bardzo brakowało Ojca Jana Góry. W ogóle dominikanie to moja szczenięca miłość. Po pierwszym roku właściwie zdecydowałem, że kapłaństwo diecezjalne nie jest moją drogą. Szukałem rozwiązań, konfrontowałem się z moją grzesznością, rozmawiałem ze światłymi ludźmi, podjąłem decyzję. Ale chciałem być odpowiedzialny za to co zacząłem, nie zepsuć wakacji moim kolegom- mieliśmy ustalony grafik zaangażowań wakacyjnych. Pomyślałem, jest jeszcze czas. Wypełnię wszystko, potem rozpocznę rozmowy. Kiedy byłem na jednej z tychże praktyk w domu pomocy społecznej dla dzieci upośledzonych dostałem wiadomość, że mama jest w szpitalu. Nowotwór, złośliwy. Dlaczego teraz? Nie wiem jak będzie dalej wyglądało życie. Nie mogę pójść do zakonu, do nowicjatu, na rok wyciąć się z życia rodzinnego. Jestem jej potrzebny. Widocznie Pan Bóg chce, żebym został w seminarium diecezjalnym. I tak, choć mamy już nie ma, a ja jestem po różnych przejściach trwa to do dziś. Czasem wracam myślami do tej idei. Czasem myślę, że nie realizuję jej dlatego, że sporo na mnie spadło, od duchowych rzeczy zaczynając- pokochałem Kościół warszawski, z jego blaskami i cieniami, po bardzo ludzkie powody, jest mieszkanie po rodzicach itd. Ja mam na ten moment, przynajmniej na chwilę dość przemeblowań w życiu. Poza tym, piękną praktyką Kościoła jest traktowanie powołania zakonnego jako wyższej formy życia duchowego, wobec stanu księży diecezjalnych, w dosłownym rozumieniu rad ewangelicznych. I wiem, że to może być utopia, niemniej jednak chyba po to mamy ideały, żeby do nich dążyć. Jest we mnie jakieś głębokie pragnienie prawdziwej wspólnoty. Jak Pan Bóg będzie chciał, żebym był zakonnikiem to będę.

Niedawno, przy okazji wyjazdu na prymicję zajechałem do Gidli. Sanktuarium maryjne, którego kustoszami są dominikanie. Swego czasu, kilka razy śnił mi się mój własny pogrzeb. Śniłem, że umieram w Gidlach. Przypadek? Nie sądzę :).

Wielowątkowo się zrobiło.

Nie przepadałem, za sposobem bycia Ojca Jana, jednak miał On w sobie to coś, co powodowało, że jechaliśmy tam tłumnie. Podobno we współpracy z ludźmi był trudny, jednak dźwigał na sobie ciężar ogromnego dzieła. Ciężar wielu nawróceń. Ciężar mojego rodzącego się tam powołania- właśnie to sobie uświadomiłem. Ojcze Janie! Lednica bez Ciebie to nie będzie to samo! Odszedłeś podczas Najświętszej Ofiary. Czy może piękniej umierać kapłan- pies pański. Tyle na dziś wystarczy.

Przytul mnie Jezu… Ukryj głęboko na dnie swego serca…

Standardowy

Choć jedna z „ostatnich” notek nosi podobny tytuł, to jest o tyle ostatnia, o ile cztery lata to mało, bo tyle upłynęło od czasu jej napisania. Pomyślałem sobie stosunkowo niedawno, że może warto reaktywować to miejsce, nadrobić zaległości. Specjalnie jakoś nie propaguję tego bloga, może kiedyś się odważę. Dziś, tak jak kiedyś, jest to dla mnie miejsce jakiegoś rodzaju „autoterapii”, przemyśleń, których chyba, znów, jak na samym początku, czytelnikiem jestem tylko ja i zupełnie przypadkowi ludzie, jeśli tacy są, bo znaku o swoim istnieniu nie dają. Późniejsze przeglądanie tego, co napisałem, jest jak przeglądanie pamiętnika z dzieciństwa, czasem się uśmiecham, czasem łza się w oku kręci, czasem patrzę z dystansem i przymrużeniem oka, na coś co napisałem, myśląc sobie, że to nie jest możliwe, że kiedyś miałem wydawałoby się lepsze spojrzenie niż teraz i odwrotnie, że to, co było kiedyś nie było, aż tak „do bani” jak myślałem.

Zauważam, że w swoim życiu duchowym często żyję wspomnieniami, najczęściej tymi dobrymi. Kiedy myślę o Bogu, który mnie dźwiga, zawsze, kiedy już nie mogę iść, mam takie wrażenie, jakbym siadał przy stole do rozmowy z Serdecznym Przyjacielem, który mówi: „a pamiętasz to, czy tamto? Tyle razem przeszliśmy. Dziś jesteśmy w tym i tym położeniu. Jest źle, jestem pewien, że będzie gorzej”.

Często spodziewałbym się innego zakończenia w stylu: „Stary, będzie dobrze, nie przejmuj się”. Ale mój Przyjaciel Bóg tak nie potrafi. On nie kłamie, nie poklepuje po ramieniu, Jego pedagogika i psychologia są inne od tych moich. I to Jego spojrzenie, kiedy mówi, takie prawdziwe, serdeczne. Mam tak czasem, kiedy spotykam niezwykle delikatne, młode, piękne, szczęśliwe, czyste kobiety, te które czują się kochane przez swoich najbliższych, chłopaków, mężów, często widać to, coś na twarzy sióstr zakonnych. To taki moment, kiedy po człowieku widać, że uśmiecha się oczami!  Że jego intencje są nieskazitelne. Wśród facetów rzadko to widuję. Taki jest ten wzrok mojego Przyjaciela Boga, kiedy ze mną rozmawia.

Ostatnio ucząc się na egzamin z eschatologii, znów wałkowałem różne koncepcje śmierci i nieba. Karl Rahner, mówi, że człowiek boi się śmierci, bo traktuje ją jako nieprzyjaciela. Tymczasem, gdyby nie było grzechu pierworodnego, to śmierć byłaby miłosnym wpadnięciem w ramiona Ojca. Dla zbawionych de facto takim jest, tylko ile jest we mnie barier, żeby tak ją postrzegać? Trochę się już tego nauczyłem przez odchodzenie najbliższych. Może kiedyś o tym opowiem.

To przytulenie i ten wzrok to dla mnie takie dwa spoiwa tajemnicy serca mojego Boga. W tym się ono wyraża. On wchodzi w to cały, bez kompromisu.

Rekolekcje Duszpasterstwa Młodzieży Nazaretańskiej rok bodaj 2008, poznałem nutę na dziś:

Chleb Aniołów

Standardowy

Stosunkowo niedawno, tydzień temu ulicami Warszawy przeszła procesja Bożego Ciała. Dziś zakończenie starej oktawy. Kiedyś w swojej tradycji Kościół każdy dzień w tygodniu następującym po tej uroczystości obchodził jako jedną wielką uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej. Nie wchodząc w meandry związane z kalendarzem liturgicznym chciałbym podzielić się refleksją z ostatniego tygodnia. A właściwie tym, czego spodziewanie się już wyraziłem na swoim profilu na Facebook’u na kilka godzin przed rzeczoną procesja.

W procesji brały udział tłumy, może nie takie jak na archiwalnych zdjęciach z końca XIX wieku, ale jednak. Gdzieś w ogródkach kawiarnianych siedzieli ludzie, beztrosko „czcząc” długi weekend i „Bogu dziękując” za to, że katolicy, którymi zapewne większość z nich nominalnie jest mają takie święto, przez które laba trwa o dwa dni dłużej niż zazwyczaj. Ale nie o tym, nie zamierzam ich oceniać, a i nie czuję, żebym był do tego uprawniony.

Szedłem w tej procesji i miałem niby oczywiste przemyślenia. Jestem klerykiem. Daj Boże mam w przyszłości służyć ołtarzom. Jestem akolitą, mam nieść innym Jezusa Eucharystycznego, gdzie On w moim życiu jest i jakie miejsce zajmuje? Walczyłem z pokusą osądzenia, ignorancji pijących piwo na Krakowskim Przedmieściu. Jednak nie znam ich motywów, ich serc, ich tęsknot, tego, co im daje szczęście. W pewnym momencie zupełnie przez przypadek znalazłem się za baldachimem, i tak jakby świat się zatrzymał. Tyle razy, codziennie widuję Go choć na chwilę w monstrancji, babki zawodzą, ktoś coś tam mówi, dziewczynki sypią kwiatki będąc opieprzane przez nadzorujące wszystko matki. Myślę: „ale cyrk! Jezu przecież to w ogóle nie jest Tobie potrzebne”. Potem uświadomiłem sobie, że On jest cicho. Idzie, a raczej daje się ponieść, milczący, pokorny i nienatarczywy. Taki Jezusowy, Eucharystyczny. To wszystko dla Niego, a On idzie i mówi: „Jeśli chcesz”.

I czasem nie wiem czy chce, czasem nie wiem, gdzie uciec. Czuję taką wolność w tym zapewnieniu Jezusa. Ta wolność czasem zniewala, jest tak absolutna, że nie mogę od niej uciec. Bóg, który był ze mną zawsze, nigdy nie zrobił nic wbrew mojej woli.

Niebo wie, że ten Chleb to żywy Bóg, dlatego w tych dniach brzmi tak:

Duc in altum!

Standardowy

Ten blog powstał na podstawie natchnienia słowami Apokalipsy św. Jana. Nie wiedziałem wtedy, że będą mi tak mocno towarzyszyły w życiu. Zawsze słucham ich z drżeniem. Były ze mną na pogrzebie taty, były ze mną na pogrzebie mamy, były podczas dodatkowej praktyki jaką podjąłem po czwartym roku seminarium. Są ze mną teraz dając mimo różnych przeciwności nadzieję na lepsze jutro.

Kiedy szedłem do seminarium zastanawiałem się jakie słowa obiorę jako maksymę swojego życia kleryckiego, daj Boże kapłańskiego życia. I tak od sześciu lat niezmiennie, każdego dnia na nowo towarzyszy mi św. Paweł: „Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, uciskach i prześladowaniach z powodu imienia Chrystusa, albowiem ilekroć nie domagam, tylekroć jestem mocny. Moc bowiem w słabości się doskonali”. Chyba kiepsko zdawałem sobie sprawę z konsekwencji jakie przyniesie wcielanie w życie tych Pawłowych słów. Dziś wracam do nich. Moim charyzmatem jest wpadanie z tarapatów w tarapaty. Generalnie doświadczając w życiu kopniaków losu, obiektywnej niesprawiedliwości, bycia niewygodnym w swojej jednoznaczności, przemodelowując w sobie gruntownie obraz Kościoła, zmuszony do ciągłego poszukiwania tego, co ewangeliczne i Jezusowe udało mi się nie zatracić tego, co cenne, co stanowi o mnie, by nie stać się BMW- biernym, miernym i wiernym. By nie być karykaturą człowieka, a szukać tego, co Bóg chce. To niesamowicie wyzwala, bo jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam.

W tym wszystkim najbardziej zastanawia mnie fakt, że tenże Bóg nigdy nie dał mi odczuć braku swojej obecności. Być może to celowe działanie, bo tego już bym nie zniósł. To zachwyca i daje taką pewność w tyle głowy, która mimo, że po ludzku czasem nie da rady znieść rzeczywistości to jest Źródło mocy. On sam, Niezmienny, na zawsze. Trochę nostalgicznie. Proste życie tak pisze swoje scenariusze.

Małe cuda…

Standardowy

Tak wielu ich codziennie  doświadczam. Dostałem niedawno od Pana Boga trochę prezentów. Sakrament pokuty- coś co wyzwala. A jednak jest tak jałowo. Czuję się zupełnie bezradny. Czasem nie wiem czy ten czas takiej duchowej posuchy i poczucia bezsensu jest darem od Pana. Chyba chciałbym zbyt wielu rzeczy doświadczyć na raz. Z jednej strony jakiegoś głębokiego oczyszczenia, z drugiej chwycenia Boga za nogi przy jednoczesnym trwaniu cały czas w Jego świętej obecności. Dostałem stosunkowo niedawno odrobinę tych małych cudów, tak jak dzieciom od czasu do czasu daje się cukierki. Długo nie rozkoszowałem się smakiem takiego stanu rzeczy. Kazano mi umyć zęby z obawy przed duchową próchnicą. Co za dużo to nie zdrowo. Chciałbym już trochę odpocząć. A tak ogólnie to z całego serca pragnę ogromnego radykalizmu w miłości jaką już za tak niedługi czas zamierzam przyrzec Bogu i Jego Kościołowi. Trudno w przestrzeni takiej wolności realizować jakoś samemu narzucony program. Może warto pomyśleć o jakiś ogólnych ramach zewnętrznych, „radykalniejszych” w wyrażeniu tego, czego moje wystudzone serce jeszcze mimo wszystko pragnie.
Które powołanie jest zatem pierwsze?
Czy to do Chrystusowego kapłaństwa jako celu, czy środka do realizacji planu Pana w innej wspólnocie?
Na tym etapie i w obecnej sytuacji i tak mogę pozostać tylko na etapie pewnej próby poznania Kościoła, bez większej możliwości weryfikacji…
„Panie do kogo pójdziemy Ty masz Słowa życia wiecznego…”
  

Przytul mnie Jezu…

Standardowy

W moim sercu nieustannie rozgrywa się walka. Kilkakrotnie już próbowałem reaktywować to miejsce. Wejść znów w rzeczywistość wirtualną i tu świadczyć o moim Panu. To trudne. Może potrzebowałem czasu, żeby najbliżsi zapomnieli o tym blogu. Prorok w swojej ojczyźnie nie jest rozumiany:). Ostatnio strasznie mocuję się z Panem Bogiem. Trudno mi się modlić. Rzeczywistość zaskakuje mnie nagłymi chwilowymi porywami serca, które tak naturalnie przeplatają się z czymś skrajnie szarym. Czasem tak strasznie mi się nie chce, a czasem wyzwala się we mnie jakaś Boska cząstka popychająca mnie do radykalnej miłości i oddania się Chrystusowi na zawsze w całości. Jednocześnie cały czas miedzy palcami ucieka mi czas, który powinienem w całości Jemu oddać. Tak mi daleko do choćby wizji siebie, świętego w codzienności. Ciągle coś odkładam na później. Niech ta autorefleksja zmienia mnie i moje życie, abym dawał się prowadzić tylko mojemu Boskiemu Oblubieńcowi, który stale podnosi mnie z upadków. Jutro sakrament Pokuty, ciągle nie dorastam!
Jezu przebacz…

Rzut kamieniem…

Standardowy

Wracam dziś do doświadczenia Lednicy. Często myślę o spotkaniach pod rybą. To, co tam jest tak bardzo niezwykłe: to poczucie wspólnoty, która jest w stanie góry przenosić. Młody Kościół… Od jakiegoś czasu, gdy poznaje Go bardziej od środka zaczynam się zastanawiać jak będzie wyglądał za 50 lat. W którą stronę pójdziemy… Staję w jakimś na ten czas niezrozumiałym dla mnie poczuciu odpowiedzialności za dusze innych. Często np. jadąc tramwajem obserwuję ludzi, starając się dostrzec we wszystkich tę Boską cząstkę, miłość rozlaną w sercach. To trudne, zobaczyć dziecięctwo Boże w ludziach dzisiejszego świata. Często myślę, że się wyłączam, dystansuję, zamykam w swojej samotni i kontempluje to, co w ludziach niezniszczalne, starając się uchwycić niezrozumiałe, pojąć niepojęte, choćby przez chwilę dotknąć tajemnicy dla innych w taki sposób niedotykalnej… Czasem myślę, że to wynika z budowania relacji z Nim, czasem sam siebie mocno sprowadzam na ziemię.
„Panie do kogo pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego”.
:-)
  

Wreszcie Ciąg dalszy…

Standardowy

Jak już kiedyś nadmieniłem: niech życie dalej pisze to, co zaczęło…
Po roku detoksu, właściwie niedokończonej historii rozwoju tego co mnie samemu trudno zdefiniować, a inni nazwaliby to powołaniem chciałbym powrócić na kanwę tego bloga :).

Przeżyłem bardzo dobry czas. Pierwszy rok formacji seminaryjnej w odmienionym stylu. Dwa seminaria w Polsce: Warszawskie Metropolitalne i Warszawsko- praskie realizują nowe wytyczne Kościoła, co do formacji kapłańskiej. Jestem absolwentem pierwszego roku tejże formacji, tzw. roku propedeutycznego. Spędziłem go w malowniczej miejscowości Urle, nieopodal Wyszkowa.

Rok w oderwaniu od świata pozwala wrócić do niego innym, zdystansowanym. Nabiera się umiejętności korzystania z tego co oferuje życie w dużym mieście, docenia się pewne wygodny, to że wszystko ma się pod ręką.
Jakkolwiekby nie sądzić odseparowanie od mediów, komórek, internetu mimo oczywistych wydaje się wad ma swoją podstawową zaletę. Na początku wydawało mi się, że jestem wręcz upośledzony. Pozbawiony jakby ręki. Moje macki nie sięgały do świata takiego jaki chciałbym poznawać. Pan miał w tym swój plan. Taki stan rzeczy pozwala wejrzeć w siebie, lepiej poznać siebie. Okazuje się, że najciężej jest wytrzymać nie z najbardziej nielubianą osobą w najbliższym otoczeniu, a z samym sobą.
Wracam inny. Polecam każdemu. Zadając sobie sprawę, z tego, że w życiu „normalnym” wyłączenie się całkowicie na rok nie jest możliwe, sugerowałbym przynajmniej kilka dni w roku jakiś osobistych rekolekcji. W mojej formacji to czemuś służy i pozwala odkrywać siebie w relacji do Pana.
Pożytek, który wypływa z tego czasu to, wydaje mi się, dobry kapitał na początek drogi, którą w sposób szczególny jest mi dane kroczyć za Panem.
Jeśli to miejsce może od teraz być świadectwem mojego wzrastania tak jak stało się nim, całe cztery lata temu, a może posłużyć czyjemuś umocnieniu to Bogu niech będą dzięki.

Pewnie kiedyś skończę historię z ciepłą wanną. I dniem następnym- beatyfikacją człowieka, którego życie mnie bardzo inspiruje, ktory kształcił się w murach mojego seminarium- ks. Jerzego Popieluszki :)
  

Tak to było…

Standardowy

Tak właśnie wyglądała rzeczywistość 15 stycznia tegoż roku. Czasem wydaje się, że to tak odległy czas, że tak wiele się zmieniło. Pan Bóg zaczął może mocniej dotykać, może podyktował już jakiś scenariusz na życie… To się jeszcze okaże. Tymczasem wydarzenia ostatnich tygodni trzeba by opisać jako doświadczenie przynajmniej jakiegoś małego cudu, który w moim życiu stale się kształtuje. Przeżyliśmy już zakończenie klasy maturalnej, a i matura dzięki Bogu przeszła z całkiem przyzwoitymi wynikami :). Pojawia się pragnienie podjęcia jakiegoś życiowego wyzwania, rzucenia się w wir Bożej Miłości… Ale o tym w ogółach i szczegółach potem.

Zacznijmy po kolei: dziś od Lednicy, która jak co roku staje się jakimś punktem zwrotnym, pewnym wydarzeniem kluczem stale otwierającym te miejsca w sercu, które tak skrzętnie sam przed sobą zamykałem. Te punkty- rany potrzebują takiego wewnętrznego oczyszczenia, przemodlenia i podjęcia na nowo wyzwań wynikających z zamysłów Bożych odczytywanych dzięki pragnieniom zawartych w nich właśnie.

Ale do meritum. Ad rem: był ciepławy piątkowy wieczór 4 czerwca niedługo przed wyjazdem. Ja w swoim genialnym zamyśle pustej głowy ubrałem się „na letniaka”: w cienką koszulę z długim rękawem i nieświadomy skutków jakie mogły z tego wyniknąć biegałem jako jeden z dwóch organizatorów od autobusu do autobusu sprawdzając absencję uczestników wyjazdu, co by nikt nie zginął. Poza tym, że było mi nieco chłodno nie odczuwałem większego dyskomfortu. Wszystko udało się sprytnie zamknąć i koło 1 w nocy już w sobotę ruszyliśmy w drogę. Coby świadectwo nie straciło swoich walorów nie omieszkam nie pominąć faktów dość zabawnych acz mocno kontrastujących z tematyką bloga :P. Kontynuując: podróż nasza przebiegała bez zakłóceń, pierwszy postój po 4:00 już rankiem na stacji benzynowej we Wrześni. Na początku pewne podpite dziewczęta były zdziwione taką ilością ludzi, którzy na samym CPN-ie i w jego obrębie się znajdowali. Potem dostrzegły w naszym towarzystwie zakonnicę. Będąc w ciężkim szoku ruszyły na podbój toalety :P. Ale to jeszcze nic :D.

Nagle wkracza do stacyjnego sklepu dwóch mężczyzn, nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jeden z nich niósł pod pachą uwaga :D gumową lalę. Kiedy zobaczył s. Julitę lekko się zmieszał podszedł do nas i mówi: „Rozumie siostra, wieczór kawalerski kolegi”. Przynajmniej starał się wyjść z zaistniałej sytuacji bez zakłopotania i z szacunkiem dla osoby konsekrowanej, której nie spodziewał się spotkać o tak wczesno- późnej porze na stacji benzynowej :). Krótko mówiąc niezłe jaja. Dobra tyle tytułem dygresji coby mnie się lepiej pisało, a samobójcom czytającym nie przyszło na myśl powiesić się na sznurku nudy.

Przejdźmy może do aspektów bardziej duchowych. Dojechaliśmy na miejsce, naturalnie odkoczowaliśmy swoje przed recepcją, wreszcie weszliśmy na pole. Mnie mimo zaczynającego się upału zaczynało trząść zimno- owoc wieczorowego piątkowego stroju. „Kobieta- dar i tajemnica”- jakiś paradoks, ale nie będę zbyt mocno uzewnętrzniał swoich szowinistycznych zapędów. Tak więc zasnąłem budząc się zlany potem zobaczyłem minę Patrycji, która jakby zobaczyła ducha. Musiałem wyglądać rewelacyjnie, gdyż kto jak kto, ale ona była już przyzwyczajona do widoku mojego ala trolowego ryjca :P. Przeszedłem się troszeczkę, ogrzałem w słońcu, podmyłem co mogłem wróciłem i po raz wtóry zasnąłem.

Obudziłem się na koronkę, którą to z należytą pobożnością w gronie blisko 70 tys przyjaciół żeśmy celebrowali. Następnie moje spalone słońcem ciało znów łaknęło wody. Wyruszyłem na drugi koniec pola, alby znaleźć kran. Eureka! Następnie odwiedziłem Łuków, miło było spotkać ziomów po drodze. Troszkę ściemniania o moich dziennikarskich planach, coby wieść prawdziwa nie nabrała zbyt szybkiego rozpędu.

Potem spowiedź, ta przecudna jedyna w roku, lednicka, niepowtarzalna. Można by poświęcić jej jeden taki post w całości. W każdym razie ogrom Bożego Miłosierdzia, którego tylko tam się w tak namacalny i inny sposób dotyka jest niewyobrażalny. To chyba dzięki tej wspólnocie, ona ma coś takiego w sobie co pozwala na większą otwartość, co wręcz z musza do niej i spowiednika i penitenta. W każdym razie to trzeba przeżyć nie da się tego tak po prostu opisać. Potem wróciłem do sektora, nadal z gorączką, ale taki lżejszy :).

Stwierdziłem, że mimo kiepskiego samopoczucia nie jestem w stanie odmówić sobie tańców i wszystkiego co jest charakterystyczne dla tego miejsca. I nastała chwila wyboru Chrystusa, w tym roku tak świadomie i tak dojrzale tego dokonałem mając na uwadze ewentualną perspektywę życiową… Msza święta, w której kazanie było powtórzeniem mojej prezentacji maturalnej z języka polskiego (Motywy maryjne). Ciekawym jest to dla mnie znakiem od Matki Bożej, której jakimś ogromnym czcicielem nie jestem, zawsze określałem siebie jako „Chrystocentrycznego”, a tu właśnie ona przewija się na mojej umiłowanej Lednicy i to w takiej formie :).

No i Adoracja, Aria na strunie G- J. S. Bacha, miałem wcześniej na nią fazę. Takie drobne Boże znaki, miłe i bardzo uderzające w serce. I przejście przez rybę, trochę na lewo :P, ale co tam :). Powrót do autobusu, natychmiast zasnąłem. Obudziła mnie Patrycja w Strykowie mówiąc, że się przesiadamy bo autobus się zepsuł. Rozespany tylko sobie mocno w duchu zakląłem i pokornie przeszedłem do podstawionego autobusu :P. S. Julita jak mnie zobaczyła, a znała moje uparcie najpierw w przejściu przez rybę, a także w planach na dzień już wtedy panujący- pański, niedzielę 6 czerwca- a było to uczestnictwo w beatyfikacji ks. Jerzego powiedziała jakobym dotarł do domu i stamtąd nie wychodził. Potem dojechaliśmy do Rawy i dzięki Bożej pomocy i ratującej mnie Pani Lidki dotarłem do mieszkania, gdzie czekała na mnie zawsze wierna wanna…

  
http://w840.wrzuta.pl/audio/6OliIxyYnvf/lednica_2010_-_corka_krola

c.d.n.

Co może przynieść nowy dzień?

Standardowy

Ta przerwa w przelewaniu świadectwa własnego życia tutaj była mi bardzo potrzebna… Pozwoliła ona mi inaczej spojrzeć na pewne sprawy. Odpowiedzialność przestaje być tak utopijna, kiedy wreszcie powoli bierze się sprawy związane z życiem w swoje ręce… Życie to lekcja, na której absencja jest obowiązkowa, a nieprzygotowania zgłosić się nie da. Kiedyś byłem pewien, wszystkiego pewien! Dziś tyle we mnie wahań, tyle niepotrzebnych emocji, tyle uczuć, tyle degradacji wartości, tyle niepokoju… Idę w jakimś kierunku… W jakim? Cel jest bardzo daleko… Wcześniej wydawał się bliższy… Potrzeba mi czasu. Na co? Na powolne zejście z piedestału i zanurzenie się w pokorze? Odejście, które pozwoli realizować Boży plan w życiu? Czy też na dalsze samounicestwianie i niszczenie pierwiastka Bożego w sobie? Co jest istotą?

Patrzę dziś na moją mamę. Doświadcza mojego przygotowania do pójścia dalej i realizacji życiowych zamierzeń. Czasem się uśmiecham, kiedy widzę jak chwyta każdą chwilę, którą spędza ze mną, jakby chciała mnie przy sobie zachować na zawsze, jakby chciała jeszcze wszystko kontrolować, począwszy od stanu konta w mojej komórce :), a skończywszy na załatwianiu za mnie spraw w urzędach itd. Czasem jest jej chyba nawet przykro, że nie daje się tak zdominować, ale chyba nawet ona musi zrozumieć, że zaczynam od rzeczy małych, żeby potem moje postępowanie (w którąkolwiek stronę szala by się nie przechyliła) nie spowodowało u niej jakiegoś ogromnego cierpienia… Wbrew pozorom czasem o niej myślę :)!
Ech, żeby chociaż było jej wtedy lżej.

c.d.n.

O mater Ecclesiae!

Standardowy

Jak to człowiek potrafi zbłądzić! Ale nic, „Ducha nie gaście!” Dziś patrzę na pewne treści zawarte na tym blogu z lekkim uśmiechem… Jestem chyba zupełnie innym człowiekiem, życie nieustannie daje odczuć, że się żyje i kształtuje mnie non stop! Może nie tyle treści jakie zawierałem wydają mi się zabawne, co może sposób w jaki to robiłem. Taki krzyczący, niedojrzały, mało obiektywny, infantylny, dziecięcy, a zarazem moralizatorski i budzący w czytelniku fałszywe poczucie mojego bezwzględnego poukładania. Tymczasem tak nie jest! Mimo że zdarzały się posty dokumentujące rozterki, upadki, jakieś osobiste tragedie to dziś wydaje się jakby to nie miało żadnego znaczenia. Ale i tak czuje, że to wszystko jest takie moje, że taka jest ma droga wzrastania… Dużo chciałbym dziś powiedzieć, ale mam mało czasu… Chciałbym kontynuować to dzieło szarej codzienności, pomaga zaobserwować zmiany w sobie i dostrzec zainteresowanie innych. Czas opisać drogę wzrastania…

c.d.n.

Chyba czas na reaktywację… :-)

Standardowy

To już klasa maturalna, jak ten czas szybko leci, życie zaczęło pisać tego bloga jak byłem jeszcze w gimnazjum. Długo nie pisałem. Wiele sięwydarzyło. Wzloty i upadki jak to w życiu. Pozdrawiam grupę złotą zWAPM-u. Jesteście wielcy! Z miłości M. do M.! W przyszłym roku mamnadzieje spotkać się z wami w przyczółku nieco innych ról, jeśli PanBóg pozwoli :-). Potem Studzianna, to już tyle razy. Ta pielgrzymka maswój niepowtarzalny charakter. Prosiłem o 25 mln w totka, niestety zonk:P. Ech, jutro wyjazd do Auschwitz, chciałbym wrócić stamtąd inny.
Ogólnie raczej pozytywnie! Co by tu jeszcze napisać… Niech życie prowadzi to dzieło dalej!

„Moja i Twoja nadzieja pozwoli uczynić nam cuda…”

Standardowy

Nadzieja… Co jak i dlaczego? Z kim po co i z czym to się je? :-) Stos pytań, na które przez niecałe pięć dni odpowiadaliśmy… Jak to jest z tą nadzieją na niebo? „Nauczanie Pana to nie dark Ewangelia, a nadzieja na happy end pozostaje cały czas nadzieja i dążeniem”. Czym jest ta nadzieja? Jest oczekiwaniem, z niecierpliwieniem, ale i ze spokojem, z radością i z obawą. Nie wszystko w życiu musi mieć swój plan. Często mam tak, że kiedy planuje coś istotnego to układam jakiś plan awaryjny albo ze dwa :-), a nieraz wystarczy zaufać. „Złożyłem w Panu cała nadzieję, On schylił się nade mną i wysłuchał wołania mego”
  

Żar jej to żar ognia, płomień Pański!

Standardowy

Wszystko tak szybko upływa, dopiero minęła Lednica, potem koniec roku, a tu już tydzień wakacji zleciał, a ja cały czas leseruje :), czasem dobrze zabrać ze sobą bezwzględne minimum i ruszyć w Polskę, być może nie tylko :). Dziękuję Agnieszce, prowadzącej blog, będący czasem moim azylem, właściwie zawsze chciałaś, żeby taki był, taki przystanek na drodze pociągu niebo-city :). Stacja niebo, ciekawie to brzmi, choć to raczej przystanek na drodze do tejże właśnie docelowej stacji. Już dawno chciałem o tym napisać, taka niby reklama :P. Ale do meritum Marcin, do meritum :). Kiedyś bardzo wyraźnie opowiadałem się na tym blogu za czynnym świadczeniem obecności Pana Boga w naszym życiu… Czasem się nad tym zastanawiam jak odkryć tę obecność, a co dopiero zacząć o niej świadczyć. Świadczyć o Panu Bogu to przelewać stale, codziennie, nieustannie ogrom Jego Miłości, ogrom Jego Samego na drugiego człowieka… Miłość Boga nieskończenie doskonała, nieskończenie miłosierna, nieskończenie ufająca granicząca z naiwnością wręcz, jest niezniszczalna, a znajduje swoje odzwierciedlenie w tak mało reprezentatywnym wobec Bożej potęgi sercu ludzkim… „Królestwo Boże jest w was”, w nas, we mnie i w Tobie, w każdym… Brzemię noszenia w sobie Miłości Cierpiącego i Konającego Chrystusa jest zarazem słodkie i tajemnicze. W Zmartwychwstaniu Syna Człowieczego i w naszym Zmartwychwstaniu dokonuje się Miłość Boża, która w komunii z Chrystusem staje się doskonałością, jedyną doskonałością jakiej możemy dotykać w cudzie Eucharystii już tutaj na Ziemi… W ciekawy sposób sprzedał nam Pan Bóg namiastkę nieba :).  
  

Ogniu posól nas…

Standardowy

„Niech światło Chrystusa chwalebnie zmartwychwstałego rozproszy ciemności grzechu!” Potrzeba jedności, jakże bardzo teraz dostrzegamy potrzebę jedności. Minęły czasy ucisku, dziś jesteśmy wolni, człowiek, który nie cierpi, człowiek, któremu nie zabrania się wiary mając w podświadomości fakt nieustannej możliwości powrotu do Boga zaczyna o Nim zapominać… Potrzeb świadków Bożej Miłości. Kiedyś myślałem, że dawanie świadectwa to ostatecznie nie taka trudna sprawa… Coraz częściej spotykam się z niezrozumieniem… Coraz więcej ludzi traktuje swoj katolicyzm szufladkowo… A co ze Zmartwychwstałą Miłością? Nic… Tendencyjna wiara to już tylko stereotypy, a życie i tak napisze swój scenariusz… Skoro tak to do zobaczenia w nowym, nie wiem czy lepszym życiu…
 
A co przyniesie nowy dzień? Przekonamy się o wschodzie, który oby nie był zachodem…

Śmierć przez pryzmat Miłości Zmartwychwstałej…

Standardowy

Jak można przejść obojętnie wobec wszystkiego co nas dotyka? Wobec tajemnicy śmierci? Jak nie wyciągnąć konstruktywnych wniosków? Czym dla mnie ma być doświadczenie takiego spotkania z siostrą śmiercią? Po raz kolejny odchodzi ktoś, kogo znało się całe życie! Od zawsze… Dlaczego w tak naiwny i głupi sposób? Powiedzieć, że trzeba szukać ukojenia w Bogu to banalne, czasem nawet mnie się wydaje, że jest to stek niczym niepopartych bzdur! Tak wszystko toczy się kołem żałosnym, przedziwnym i tak bardzo relatywnym! Mój Boże jak daleko sięga Twoje miłosierdzie? Czy jesteś w stanie tak mocno kochać człowieka, żeby wybaczyć najgorsze zło? Dziś chyba nie dociera to jeszcze do mojej świadomości! Śmierć przez pryzmat Zmartwychwstania… Sens, sens, szukanie sensu? Sensu, którego nie ma? Sens, sens bezsensownej śmierci…
  

A ukradkiem zmartwychwstała Miłość!

Standardowy

Ostatni post napisałem w środę popielcową inaugurując Wielki Post. Potem było ascetycznie- nic nie było :). Czas na refleksję nad tajemnicą Zmartwychwstania. Czy gdyby nie ono nasza wiara byłaby coś warta? Czy gdyby nie ono ja i ty bylibyśmy coś warci? Dokąd zmierzałoby nasze życie? Cały czas we wszystkim co tutaj publikuję zatrzymuję się nad ludźmi, których spotykam na co dzień, nad ich reakcjami, tu wylewam swoje spostrzeżenia. Coraz dobitniej docierają do mnie ostatnimi czasy zdania, frazy, jakieś urywki mniej więcej takiej treści: „muszę z tym poradzić sobie sam, sama, nikt mi nie pomoże” itd. Ludzie, mam na myśli też siebie oczywiście często nie mają świadomości tego, że Najwyższy działa w sposób widzialny i niezwykle czynny. Gdybyśmy tylko potrafili otworzyć się na ogrom Jego miłości, na konfesjonał, w którym Pan Bóg nas zalewa oceanem uczucia, które jest jego najwyższym i najdoskonalszym przymiotem. Gdybyśmy tylko zdali sobie sprawę z potęgi sakramentu pojednania to do spowiedzi chodzilibyśmy w kapokach, żeby się w Boże miłości nie utopić, no może Ci słabiej wierzący przychodziliby z kołami ratunkowymi :).
Miejmy Pana zawsze przed oczami, gdyż stoi po naszej prawicy abyśmy się nie zachwiali, cieszy się nasze serce i raduje język, a ciała nasze spoczywają w nadziei, że nie zostawi dusz naszych w otchłani, ani nie da świętym swoim ulec skażeniu, daje nam poznać wszystkie drogi życia i napełnia nas radością swoją przed obliczem swoim!
 
Miłość Zmartwychwstała!

Tak kochaj jak Chrystus ukochał swój krzyż…

Standardowy

Per crucem- chciałoby się rzec! Pan dał nam kolejny w życiu Wielki Post, czas na przemyślenia, na realizacje postanowień, czas głębszej motywacji do trwania w dobrem…
Miłość Chrystusa to nie licznik, to nie skrupulatny notatnik, to nie mega konsekwencja, lecz miłosierdzie… Czasem bardzo trudno nam to przyjąć, nikt nie prowadzi w niebie ewidencji naszych grzechów, Pan Bóg ma o wiele ważniejsze rzeczy do roboty- chciałoby się powiedzieć…
Sąd z miłości… Niech ten Wielki Post będzie naszym rachunkiem sumienia miłości, tego jak kochamy, a kochamy stale za późno i wciąż za mało…
Bo rzeczywistość to czas, „ludzie mówią czas to pieniądz, a ja wam mówię czas to miłość”, a miłość to krzyż…

„Więcej miłości, więcej mocy, więcej Ciebie w życiu mym…”
  

Czasem słońce czasem deszcz =)

Standardowy

Uśmiech się to jest dobra czas
zły duch mieszka tak daleko stąd
miej chęć na miłosne gry
słońce jest zawsze tam gdzie pada deszcz

Więc nie bój się deszczu bo ja jestem deszczem
co pada na Twoje włosy i na Twoje ręce!

i tak właśnie toczy się wszystko ku życiu, które następuje po życiu! Dobro drugiego człowieka- priorytetem? Chyba tak… Cały czas na nowo odkrywać tajemnicę Boga, ktory znajduje się tak blisko nas, znajduje się w drugim człowieku… Czasem tak nie wiele potrzeba, a czasem to ciężka harówa, jek, płacz, zgrzytanie zębów… Scenariusz iście apokaliptyczny z drugiej strony ogromnie piękny i tak bardzo namacalnie doświadczalny po prostu w zwyczajnej obecności. Pan Bóg jakoś jeszcze to nakręca! Pragnąć służyć Jemu, pragnąć służyć drugiemu człowiekowi oto zadania na dziś, jutro i całe życie!

  

„Ciemność nocy… Cichuteńko gdzieś rodzi się Pan…”

Standardowy

Betlejem, ciemna noc, zwykła stajnia, bliska dalekość twórczego podejścia Boga do życia, tajemnica żłóbka, żłóbka chwały, Boskiego mistycyzmu w głębokim duchowym wymiarze prostoty mizernej cichej. Szukam Cię stajnio, uboga stajnio, szukam Cię prostoto, szukam Cię człowieku, w konsekwencji szukam siebie! I słucham, słucham, starając się usłyszeć szmer, szmer istoty Nowo Narodzonego, kwilenie dziecka…
Miłość, Miłość Przyszła na świat tak niezauważalnie…
 

Z Bożym Narodzeniem przychodzi mi na myśl anegdota z katechezy  hehehe 
Siostra: Bo wiecie dzieci, Pan Bóg oddał swojego Syna za nas, który się narodził z Maryji, a potem umarł za nas na krzyżu…
Chłopiec: To Cwaniak wysłał swojego Syna zamiast przyjść Sam!

Pozdrawiam serdecznie, życząc dostrzeżenia cichości betlejemskiej stajenki!

Drugi w centrum?

Standardowy

Czy istotą miłości jest brak dostrzegania siebie w relacji łączącej miłujące się osoby? Czy mam też nastawić się w jakiś sposób na czerpanie jak najwięcej i dawanie siebie w całości? Czy, kiedy wykazujemy jakieś zaangażowanie, czy troskę mamy prawo oczekiwać od drugiej strony tego samego? Chyba nie do końca, bo do tego każdy podchodzi w indywidualny sposób… A co kiedy spotykamy się w tym momencie z zupełnym niezrozumieniem, właściwie nieporozumieniem i mocnym odrzuceniem? Nie mam pojęcia, ale jakiś wewnętrzny głos, choć może to głupie mówi mi, żeby to po prostu przyjąć, a z drugiej strony krzyczeć, ukazać prawdę… tylko co potem: wykazywać zaangażowanie i to, że mi zależy? Kiedy pojawia się granica obopólnego dobra, granica będąca miernikiem momentu, w którym lepiej odpuścić? Czy jeśli się kocha można tak po prostu odpuścić? Nie mam pojęcia! Myślę, że nawet gdy na pozór odpuścimy to i tak nigdy się wewnętrznie z tym nie zgodzimy… Tylko jaką wartość w tym wszystkim ma cierpienie? Czy to jest warte istoty tego cierpienia, jego esencji? Czy z drugiej strony nie zakrawa to na werterowską postawę rozmyślania i swoistego rozkoszowania się cierpieniem, rozmyślania nad swoim bólem, powodowania go i wchodzenia w to coraz głębiej?
  

Noc…

Standardowy

To dobry czas do wszelkiego rodzaju rozmyślań, może też dobry do uciekania od rzeczywistości tej namacalnej,realnej w rzeczywistość ideałów… Czasem zastanawiam się, dlaczego ludzie oceniają innych przez pryzmat postępowania? Czy ono zawsze świadczy o człowieku?Czy pytania, w których powinniśmy zaczynać przede wszystkim od siebie mogą drugiemu dużo uświadomić, czy też mogą stać się przyczyną cierpienia? Jak głęboko wolno nam ingerować w drugiego człowieka? Czy jesteśmy w stanie tak naprawdę po oględnie rozpoznanej sytuacji, swoistym wyczuciu zgłębić intencje?Czy może potrafimy tylko zarzucać? A może za wszelką cenę udowadniać komuś swoją rację? Choćbyśmy nawet ją mieli to nie warto! A z drugiej strony mamy tak po prostu stać i patrzeć jak ludzie, na których nam zależy staczają się? Może nam wygodniej tak stać? Dlaczego nie potrafimy podjąć ryzyka miłości do końca i walczyć za wszelką cenę? Przecież gra toczy się o najwyższą stawkę… Czy jest ktoś, kto nie odpuści sobie nigdy, choćby dla głupiego przeświadczenia, że zrobiłby wszystko? Czy jest ktoś, kto będzie szukał coraz to nowych sposobów na rozwiązanie problemu, nie rozłoży rąk, gdy pierwsze metody zawiodą? i wreszcie czy znajdzie się ktoś bezkrytyczny, bezwarunkowy, a w konsekwencji rozumiejący?
Dużo tych pytań, tylko czy to uzmysłowi nam zakrzywioną rzeczywistość, w którejprzewrotnie zło uznawane jest za dobro?

 

Natchniony zdaniem Marty:

 

A wariat, wariat jeszcze tańczy

rozkosz szczęścia

magiczność bycia

Twoja obecność

Taniec życia

 

Bezpostaciowość

Bezkształtność

Zatarte

A wariat, wariat jeszcze tańczy

Taniec Śmierci….

Ryzyko…

Standardowy

Dziś tak bardzo boimy się ryzykować, zakopalibyśmy „talent” aby nie mógł owocować, aby nie ponosić wcześniej wspomnianego ryzyka, aby nie narażać się na straty. Co jest tego przyczyną? Nasza niedojrzałość emocjonalna, brak aprobaty ze strony otoczenia, żeby inwestować w drugiego człowieka i tym samym narażać się na jakieś straty?

Rzeczywistość jest dalece inna od idei Miłości! Kiedy nic z siebie nie dajemy drugiemu człowiekowi, to nie przynosi to owocu ani w nas, ani pożytku dla drugiego! W Miłość wpisana jest ofiara, wpisane jest cierpienie. nie można kochać na dystans, a jeśli mniemamy, że można to szybko pozbędziemy się złudzeń. W dzisiejszej Ewangelii mamy ukazany nietypowy obraz. Mam iść za pragnieniem Tego, który mnie posyła, aby Jemu dać więcej niż do niego należny, a wynagrodzi mnie niewyobrażalnie. Czy ja nie zakopuje swojej posługi innym, swojej miłości do drugiego tłumacząc się nieopłacalnością, przecież tak jest bezpieczniej, kiedy nic nie wniosę, nic nie dam, nie będę nic oczekiwał, z nikim się nie zwiąże, to wszystkim będzie ogólnie łatwiej, będę mógł być niezależny od innych i nikt nie będzie uzależniony ode mnie! Tylko czy to wszystko w obliczu śmierci Chrystusa ma sens? Pytanie proste i kluczowe do zrozumienia, jak dużo możemy stracić nie zakopując siebie, ale jak wiele możemy zyskać jednocześnie, gdy w tym wszystkim znajdzie się miejsce na współprace z Bożą łaską… Ten watek dzisiejszej homilii dal mi sporo do myślenia… Jak Pan Bóg może działać w moim życiu bez mojej inicjatywy, dał mi wszystko, dal mi pragnienia, które przy odrobinie dobrej woli jestem w stanie zrealizować, dobre pragnienia, dla których warto oddać się drugiemu człowiekowi… istotą tego jest ryzyko warte siebie…
  

Standardowy

Był już późny październikowy wieczór. Padał deszcz. Ulica mocno zbroczona. Każdy wracał owczym pędem do domu. Wszyscy biegiem. Jakby istotą i sensem istnienia był ten bieg. Szedłem ulicą, patrzyłem w niebo. Krocząc bardzo powoli… Ociekając woda w nietypowy absolutnie nie przeszkadzający mi sposób. Trzymałem w reku uprzednio zerwany liść. Zwykły liść. Zachwyca? Chyba już nie! Szczęście dziecka Bożego ukazane w Bożej potędze mającej odzwierciedlenie w takim choćby zwykłym suchym choć zmoczonym deszczem żółtawo- czerwono- zielonym liściu…
Zniknęło!
  

Człowiek, który najzwyczjniej urzekł…

Standardowy

Wczoraj w księdze gości wpisał się Ktoś, niejaki Paweł i mnie po prostu zaskoczył swoim pytaniem: gdzie ja się na co dzień podziewam? Gdzie się ukryłem? To jest dobre pytanie! Siedzę w domu, patrzę w sufit i zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego… Rzeczywistość świata dzisiejszego, totalny kontrast miedzy tym co się w nim dzieje, a tym jakbym chciał aby wyglądał nie pozwala mi spokojnie spać, normalnie funkcjonować i w konkluzji zdarzeń nie bać się przyszłości… Wierzyć, co to znaczy wierzyć? Mówisz Pawle o ludziach, którzy wierzą naprawdę, chciałbym zadać Ci pytanie: Co to znaczy wierzyć naprawdę? To wszystko nie jest takie proste a zewnętrzne przesłanki takie jak ten blog zazwyczaj świadczą o przekonaniu, że warto coś wartościowego stworzyć, może ktoś się zastanowi, ktoś przeczyta, natomiast nie koniecznie świadczą o tym jaki jest człowiek i jak naprawdę wierzy. Zawsze chciałem, aby to miejsce było pisane przez życie, po prostu przez życie. Chciałem ukazywać sens miłości, Miłości Krzyża, tylko jak tu ukazywać sens jeśli samemu się go traci, jeśli zasadniczy wynik połączenia myśli, idei z życiowym działaniem rozpada się przy etapie wstępnym mianowicie samej idei. Zawsze można dać powierzchowne świadectwo, tylko że to graniczy z obłudą, albo starać się ukazywać ideał do jakiego się dąży i chyba to jest istotą, przy czym stawać zawsze w prawdzie przed samym sobą mimo zatrzymania się na wcześniej wspomnianym etapie idei! Cóż, jeżeli Pawle coś w jakiś sposób Cię umocniło to świadectwo ideału do jakiego w większym lub mniejszym stopniu, czasem nawet zatrzymując się w drodze dążę, chyba jeszcze dążę… 

  

Dzień nowy czas zacząć, zamknąć za soba drzwi przeszłości, unosząc sie na skrzydłach szczęścia ponad chmury!

Standardowy

Zmienia się…
Diametralnie…
Obraz horyzontu miłości w bardzo szerokim spektrum patrzenia
boję się
ucieknę
czuję się dziwnie
w chaosie myśli skrajnych
od euforii z takiego stanu rzeczy
do…
zastanowienia?
refleksji?
przemedytowania?
boję się
pokochać?
wiele zostało wypowiedziane
czy nie za wiele?
bądź czujny!
czuję się dziwnie
zdystansowałem się?
nie…
nie…
boję się, że po raz kolejny zranię
zniszczę to co w żadnym stopniu do mnie nie należy
to co dał Najwyższy
nie mogę
nie potrafiłbym!
To za dużo na mnie jednego…
czy będę wstanie udźwignąć ten ciężar odpowiedzialności?
nie wiem…
ale ze wszystkich sił się postaram…

  

Jedni traktuja Pana Boga jak powietrze, inni JAK POWIETRZE !!!

Standardowy

Czasem się zastanawiam nad sensownością codziennie wytaczanej szatanowi walki, nieraz się po prostu nie chce, bo i po co skoro wszyscy robią to samo, skoro wszyscy postępują w taki a nie inny sposób i nikomu to w nim samym nie przeszkadza, dlaczego mi ma przeszkadzać. Teraz żałuję, że nie poszedłem dziś w nocy na pielgrzymkę, ale nadrobię w sierpniu :).  Dziś chyba nadszedł czas na podsumowanie owoców forum Duszpasterstwa Młodzieży Nazaretańskiej, hasło nadzwyczaj aktualne, bo przecież mamy światowe dni młodzieży . Wrażenia niesamowite, ludzie fantastyczni, choć to jest ten aspekt, którego można było, a wręcz trzeba było się spodziewać… :). Najbardziej w tym wszystkim zadziwia mnie osobiście moc Ducha, który jest, który był, i który działa, który pozwala działać, w którym działamy i przez którego działamy broniąc wszystkiego we wszystkim co obiektywnie możemy nazwać prawdą. Dość nietypowe stwierdzenie, ale warte przemyślenia! Potrzeba nam świadków, autentycznych świadków o czym mówiłem w świadectwie. Ludzie dziś tak często są niezdecydowani w rzeczywistości cała dusza pragną Boga, a uciekają, błądzą szkoda… Dziś człowiek tak często nie wie co nosi w głębi swego serca, w głębi swojej duszy, ogarnia go zwątpienie, które przeradza sie w rozpacz, o czym już chyba wcześniej pisałem… Jak często to co powinno mieć nadrzędne znaczenie nie ma dziś żadnego. Chciałbym wrócić do tematu Miłości który już niejednokrotnie poruszałem:
Kochać to szanować wolność, wolność drugiego, nie powodować zniewolenia. Dla mnie to swoista nowość, dostrzegać to, że Pan nas tak ukochał, że obdarzył nas takim zaufaniem, dał nam wolność, a ja, a Ty i każdy z nas depczemy bezlitośnie tę Wolność. Depczemy Chrystusa, przybitego do krzyża, leżącego na ziemi tuż przed postawieniem drewnianej belki, aby jeszcze do tego mógł sie na kawałku tego drzewa udusić. Bestialsko skaczemy po Jego ciele, na nogach mając założone trapery z metalowymi blokami i depczemy, wbijamy czubki butów, miażdżymy piętą Jego samego, a On wybacza i przeraźliwie krzyczy, aż do krańców Ziemi: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” Śmieszne prawda? Niech zdycha, co kogo to obchodzi!

Miłość!

Umarła w męczarniach!
Chciałbym nawiązać jeszcze do dzisiejszej Ewangelii, Królestwo podobne do perły, sprzedajmy słabości, sprzedajmy siebie, sprzedajmy zdeptanie Chrystusa, a kupmy perłę!

  

Dziś czy nie dziś, fałszywej miłości mówić dość, najlepszym stanie się najsłabszy!

Standardowy

Stojąc na pograniczu
otworzyć okno
Spojrzeć w dal gwieździstego mroku
marzyć o rzeczach niemożliwych do spełnienia
napełniać serce myślą o tryumfie
dostrzegać w oczach światło
śnić o nieprzejednanym oceanie
oceanie miłości
zalewającym dzieło

uwikłani w gałęzi zasłaniające horyzont
stojący w miejscu styku Ziemi z Niebem
w potędze Wszechobecnego
obróćmy się wstecz
stanął człowiek
zraniony podążający za zranieniem
być tam
stać mimo wielu samemu
zatraciło swój sens
Kochałeś
zniszczyć
unicestwić
odejść
zostawić
wiedziony fałszem
skazany na życie
uciekam w dal
nikt
znów sam na wieki

Esse
trwać
venire
odejść
Credere
upadać
servire
wywyższać
amare
nienawidzić
Quo vadis vitae
Exegi monumentum
niestety, niestety
mądrości życiowa
sic itur ad astra
czyżby

bez znaczenia
żegnaj na zawsze!

 
Notkę dedykuję Tacie, Ks. Marcinowi, Tomkowi, Konradowi, Krzysztofowi, Adrianowi, Kamilowi,
Ks. Konradowi, Marcie, Kindze, Agnieszce, Ks. Piotrowi, Gośce, Martynie, Radkowi…

Kiedy po przyjacielu zostaje tylko hasło do komputera, a po życiu kropka nad „i” bez tego „i”!!!

Standardowy

Temat refleksji, jakże nietypowy, choć dziś znów z entuzjazmu niewiele zostało. Ludzie się zmieniają, ja już nie taki sam, kiedy coś co się misternie budowało upada wówczas wszystko się wali albo przynajmniej podupada, cała otoczka życia, kontakty etc. Czasem mam wrażenie takiej swoistej bezsilności, czegoś na zasadzie, że jak coś upadło to reszta też niech się wali, wszystko jest mi obojętne. Bez przyszłości, bez perspektyw, bez sensownego odpowiadania na wtedy zbędne pytania o sens życia, żyje się chwilą. W tym jest jakaś wewnętrzna logika, aczkolwiek nie zaprowadzi nas do do nikąd poza upodleniem i upadkiem na samo dno, a przecież potrzeba tak niewiele, już było tak dobrze… Niestety rzeczywistość bytowania w dzisiejszym świecie jest brutalna, podziwiam tych co stoją w nim mocno, którzy zbudowali solidny fundament…
Wszystko zależy od światopoglądu, od tego na Czym, bądź na Kim sie buduje, jedni budują na sobie, jedni na ewangelicznej skale inni na piasku, jeszcze inni na emocjach, przeżyciach, doświadczeniach z przeszłości. Dziś człowiek tak często nie wie co nosi w głębi swego serca, swojej duszy, ogarnia go zwątpienie, które przeradza się w rozpacz…
Nieraz chcemy dobrze, ba bardzo często chcemy dobrze, pomóc sobie i innym, niestety niektórzy nie dadzą sobie pomóc, kiedyś zarzucano mi, że wszystko wiem lepiej, przynajmniej tak sie zachowuję, ale dziś się to zmieniło, dziś rozmawiam i próbuje dociec, zrozumieć, dziś analizuję, dziś staram się znaleźć optymalne wyjście z trudnej sytuacji, niestety zostaje wówczas nazwany egoistą, choć chcąc stanąć w obiektywnej prawdzie przed samym sobą i stając w tej kwestii nie czuję się egoistą, być może szkoda, ale cóż jesteś wolny, nie mogę Ci nic narzucić. Zrobisz ze wszystkim co zechcesz… Nikt nie oczekuje dowodów, ale normalności, która w świetle zaistniałych wydarzeń była już w zasięgu ręki… Przyjaciele są jak diamenty, diament jest tak twardy, że dobrze doszlifować może go tylko drugi diament, niestety któryś z diamentów przestał trzymać się we właściwym imadle, przez co doszlifowanie się wzajemnie stało się niemożliwe. Właściwie to może nawet obaj wypadliśmy, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie???
„Ducha nie gaście”
Trudna to filozofia dla ówczesnych mi wydarzeń i chyba na dzień dzisiejszy nie do wypełnienia!
  

 

Zapytał Pan o świcie nad jeziorem…

Standardowy

Tam…,
Nad brzegiem a znaku Ryby
Bóg, wiara, miłość nadzieja,
Z nich zaś największy jest Jezus
Co droga Trzeciego Tysiąclecia
Kroczył od Tatr, po Bałtyk
Jeden brzmi głos
„Sursum Corda”
„Jesteście przyjaciółmi powiedział Pan”
  

Zakończyło sie kolejne Lednickie spotkanie młodych, a wrażenia? Nie do opisania, kiedy widzi się radość, potęgę młodego Kościoła, widzi się sens… Przeoblekłeś się w nowego człowieka, bez maski. To Chrystus Cię uzdrowi zdaj sie na jego łaskę… Fantastyczna sprawa… Jesteście przyjaciółmi, prawdziwie jesteście, jeśli dobra pragniecie i NIE oczekujecie niczego w zamian. Niech jeden głos obwieści to Tobie, jestem nieudacznikiem mój przyjacielu, jestem, ranię, ale jestem, niech zaświadczą czyny… Dziś stajemy w obliczu prawd niewyobrażalnych, tylko czy ktoś dostrzegł idącego droga Trzeciego Tysiąclecia Chrystusa? A może jednak Ktoś dostrzegł… Mijały dni, mijały upadki, Pan brał na ręce, podnosił i niósł Cię człowiecze, podnosił i niósł… Bo „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów a Jezusa bym nie miał…”, bo nic nie dzieje sie bez przyczyny! Stojąc na rozdrożu wybierz właściwą drogę!
Noc pełna wrażeń, spędzona z Panem i Matką, gdzieś w polach, podczas wędrówki. Uszczęśliwiony pielgrzymką? Na pewno! Pan dotknął mnie w znużeniu, w pragnieniu snu. On był wszędzie, a ja dzisiejszej, pięknej, wędrownej nocy go nie dostrzegłem, On jednak nie dał o sobie zapomnieć, działa w ludziach i oby tak pozostało na zawsze!
Czy warto iść za sercem nawet wówczas kiedy zwątpi w sens pójścia za nim Ktoś po kim spodziewalibyśmy się, że zwątpi ostatni?
Warto!
 
Jezusowi Chrystusowi Hej!
Do zobaczenia z rok!

Maryjo niepokalanie poczęta, oręduj się za wszystkimi, którzy sie do Ciebie uciekają, a także za tymi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza nieprzyjaciółmi Kościoła Świętego i poleconymi Tobie !
  

Dziękuje wszystkim, którzy tam ze mną byli!

 

Człowiek umiera zaraz po nadziei…

Standardowy

Jak to ktoś niedawno stwierdził trudna jest moja filozofia, racjonalnego poznawania Boga oraz jakiegoś sensownego odniesienia do tego, co dzieje sie w moim życiu i we współczesnym pogmatwanym świecie konsumpcjonizmu. przeseksualizowania społeczeństwa, co w konsekwencji prowadzi do odarcia człowieka z godności, z jego człowieczeństwa i do swoistego samounicestwienia, jak to już wcześniej bardzo dawno temu pisałem. Choroba zwana cywilizacją dotyka mnie w znacznym stopniu, czyżby gdzieś zapodziały sie wartości? Bardzo prawdopodobne. W tym momencie bardzo dobitnie nasuwa mi się na myśl zdanie, które przypomniała mi w jednym z ostatnich postów Agnieszka, powtarzając za papieżem: „bo każdy ma swoje Westerplatte”, tylko czy repetowanie wszystkiego na nowo ma jakiś sens? Scenariusz się powtarza, a ja nie mogę się z tego wyrwać, a jednocześnie przykładam do tego rękę- czy to nie jest absurd? Jednocześnie krzywdzę przy tym drugiego, czy mi już nie zależy, a gdzie modlitwa? Rzeczywistość się skomplikowała i to bardzo… Dziś chcę poddać pod refleksję tezę, która niedawno wysnułem:człowiek umiera zaraz po nadziei. Nadzieja, na co? Na lepsze jutro, na to, że kiedyś faktycznie wszystko sie ułoży? Nadzieja jako istota życia każdego chrześcijanina, właśnie czym jest ta nadzieja. a co jeśli jej płomień ledwie co się tli, dłuższe staranie się. aby go utrzymać jest nieopłacalne. nawet miłość staje się mało ekonomiczna w tym wymiarze, wszystko zatraca swój sens dlaczego? Kto zawiódł? Pan dał krzyż, którego nie mogę unieść, a może ja go nawet nie podjąłem? Dlaczego tylko obarczając się tym drzewem dochodzę do poznania prawdy, dlaczego tylko wtedy widzę tą iskrę nadziei, dlaczego tylko wtedy staje się opłacalne ratowanie zanikającego płomienia?  Rzeczywistość dotarcia do źródła problemu i rozwiązania go przez krzyż, w konsekwencji osiągniecie marzeń, czy to aby nie za trudne? i czy ja chcę? Czy jest sens, czy nadzieja jeszcze nie umarła?

Przyjaciółko ma nadziejo
Tryumfie Boga nad tym co niszczy
Ty która poprzedzasz śmierć w swojej istocie
Która krzyżem karmisz głodnych spełnienia
Spragnionym dajesz orzeźwiającą łaskę
Warunkująca istnienie
Matko ideologii
Esencjno ludzkiego bytu i niebytu
Zostań choć Ty jedyna na zawsze!

    

O czymś, co zowiemy niczym, czyli po prostu o wszystkim!

Standardowy

Ostatnie moje wypowiedzi jakie się tutaj pojawiały, były no cóż nie dla wszystkich stałych i niestałych bywalców (nadzwyczaj często podkreślam stałych :P jakby miało to coś znaczyć) dość mało satysfakcjonujące, natury metafizycznej, intelektualno- filozoficzno- moralnej (jak zgrywam inteligenta). Ale dziś będzie inaczej, postaram się w pewnym stopniu zobrazować sobie i wam istote pewnych bardzo ważnych w naszym życiu rzeczy, powrócę znów do motywów ciągle się powtarzających tutaj, mianowicie: przyjaźni jako rodzaju Pawłowej miłości oraz idei i marzeń jako sposobów na realizację siebie i kreowanie światopoglądu na życie.
Niedawno będąc nad morzem przechadzając się rano jego brzegiem zastanawiałem się nad istota najważniejszych rzeczy- wnioski konstruktywne, odzwierciedlenia w działaniu- brak, zamiast tego kolejny raz dno i jak tu dążyć do swoistej równowagi wewnętrznej?
Wydaje się to być czymś na obecną chwilę totalnie abstrakcyjnym, a jednak niekoniecznie…
Potem pojawiło się doświadczenie pielgrzymki, trudna to sprawa, ale Pan Bóg daje swoisty drogowskaz, przeświadczenie, że warto iść za tym co On ma do zaoferowania, nooooo to zaoferowałeś mi sajgon i powiem Ci więcej: Porządkuj go sobie Sam!!! bo Ty zrobisz to o wiele lepiej, prowadź i pozwól mi, abym dał się prowadzić po tej najbardziej zawiłej ścieżce pogmatwanego życia, układającego sie praktycznie rzecz biorąc zupełnie inaczej niż to było w zamyśle, tylko pozostaje pytanie: w czyim zamyśle, właśnie w czyim, odpowiedź oczywista, zasadność pytania- nieistotna.
Wczorajszy dzień, dzień wszystkiego na opak, ale mimo to w rzeczywistych, namacalnych i autentycznych przeciwnościach zaznaczył dość mocno, nawet bardzo mocno swoją obecność Ten, którego obarczyłem obowiązkiem sprzątania. Swoją drogą odzyskanie poczucia wartości modlitwy chociaż na chwile jest bardzo budującym czynnikiem, zespalającym więzi i chyba jednak, a raczej na pewno poprawiającym osobiste dowartościowanie, po to są plany po to idee, dla tego warto żyć. Nie ważne co miało miejsce, nie ważne co ma miejsce, ale ważne jaka będzie konkluzja tego wszystkiego, powtarzając za poetą: „niczego bardziej nie pragnę jeno miłości Chrystusowej” napawa optymizmem i rzeczywistą wiarą w to, że może się udać i uda się, musi, nie może być inaczej…   

  

Chcę tak jak On mieć tyle siły by trwać i mówić Nie, gdy cały świat krzyczy tak…

Standardowy

W związku z zaistniałymi wydarzeniami w moim jakże krótkim i skomplikowanym życiu, chciałbym podzielić sie z wami drobna refleksją na temat hmmm zwątpienia, chyba tak, właśnie tak!!!
Czyżbym wracał do natury dualistyczno- filozoficzno- moralno- intelektualnej tego bloga???
(do poezji szeroko pojętnej i rozumianej z pewnością powrócę ku zachwyceniu „stałych” czytelników?!)
Choć zastanawiające w tym wszystkim jest słowo dualistyczno…
Otóż właśnie tak, czy mimo ciągłego upadanie jesteśmy sie w stanie przekonać do ciągłego podnoszenia?
Czy zgorszenie jakim chełpi sie świat musi też nas dotyczyć?
I tu zaskok:  ależ oczywiście, że tak!!!
I co w związku z tym, o czym to świadczy?
czy tylko o naszej skłonności do złego, do wszystkiego co złe bardzo szeroko pojętego?
Może w jakiś sposób naruszyłem w sobie naturalistyczny i długo kreowany porządek rzeczy?
Z pewnością
„Ojciec zawiódł system, a ty jako jego integralna część”
słuszne spostrzeżenie, jakby nie było wszystko legło!!!
I co z tego jaki wniosek?
Czyżby rozsypało sie po krańcach ziemi?
Albo może jest po prostu tak samo łatwe do pojęcia jak dziecko, które ukazało się św. Augustynowi próbując przelewać bezmiar wód do dołka wykopanego na plaży w piasku?
Może jednak warto przelewać cały ocean, aby dzięki ODWADZE przejść na drugi brzeg?
Albo spróbować innej taktyki za Mojżeszem podnosząc laskę mieć mur z wód po prawej i po lewej swojej stronie i zdać sie na prowadzenie Ducha Łaski?
Grunt to nie dać sie zatopić…
A co jeśli morze wstąpi znów w swoje brzegi?
Odbić się od dna i wypłynąć…
„Kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno”
Wyjście, właśnie zawsze jest jakieś wyjście!
A marzenia, czy można je tak po prostu zniszczyć?
Można!
Tylko co jest tego warte?
Zacznijmy na nowo!
Z mocą z Wysoka jak się nie uda zaczniemy jeszcze raz :)
Warto?
Zawsze!
Marzenia się spełniają, łatwo nie będzie…
Wybieram Życie nie wegetacje!
Co chcesz osiągnąć?
Wyjdź światu naprzeciw!
Wykonaj to co najtrudniejsze: połącz myśl i idee z życiem!
Chcesz tak jak On mieć tyle siły by trwać i mówić NIE gdy cały świat krzyczy tak?

  

Niech będzie Miłosierdzia Święto!!!

Standardowy

O Boże Miłosierdzie
coś z Serca Jezusowego dla dusz uświęcenia wypłynęło
Zdroju łaski
Pociecho upadających
Ty co moc i siłę dajesz do walki
Podtrzymuj
i patrz…
w twarz…
    
Niedziela Miłosierdzia, wielkiej łaski, dlaczego właśnie tak?
Powoli to do mnie dociera…
uwypukla to co spłaszczone…
„obraca w proch człowieka”,  a jednak mówi „wracajcie synowie”
Pan ukochał tak mocno…
Ty też ukochaj!!!

Prawdziwie Zmartwychwstał

Standardowy

O radości Pańskiego Zmartwychwstania
co cię dzwony kościelnej wierzy światu ogłosiły
Gdyś jeszcze w wigilie Paschy
świętowana była Mojżeszowym przejściem przez Czerwone Morze
Gdy na „Chwała” zabrzmiała świątynia
rozpromieniona blaskiem cudownej woskowej świecy zmartwychwstania
„owocu pracy rąk ludzkich i pszczelego roju”
„O zaiste Błogosławiona Noc”
Głosząca światu: ALLELUJA!!!
Zmartwychwstał i Żyje
Teraz i na wieki!
   

Raduje sie dusza ma wielbi Pana mego!!!
Pan zniweczył śmierć
Powtarzając za Hiobem:
„Pan dał Pan wziął”
Wracając:
„Ktoś, gdzieś, kiedyś wypowiedział”:
„aby za parę lat…”
„Natłok myśli to mnie niszczy”
„Trzeba walczyć”
„I  wanna  play a game”
ile zasad złamałeś?
dlaczego tak, a nie inaczej?
Teraz czekaj znów rok na te cudowne dni!
Zniszczyłeś owoc…
„abyście szli i…”
Nic nie dzieje się bez przyczyny!
Dziękuje „adoratorom” grobu- musicie być wspaniałymi ludźmi…
Przepraszam za egocentryzm…
Przepraszam Brata i jestem teraz… zawsze…
Dziękuję Przyjacielowi za świadectwo…

Pan prawdziwie Zmartwychwstał!!!
Amen Alleluja

czy w Tobie też?

  
 

Nie bójce się albowiem Ja jestem z wami, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata…

Standardowy

Zmiana światopoglądu?
Zrezygnowanie?
 Niepoukładany z natury chaos myśli…
Myśli skrajnych…
Dobrych- zapodzianych?
Stereotypowość?
Żal…
Pustka…
Horyzont marzeń…
Morze, którym płynę w stronę horyzontu…
Tak często zawracam do portu…
Co wtedy pozostać czy znów wypłynąć na morze smagane piętnem grzechu, po którym trudno się płynie do celu?
Tak, warto mimo ciągłego powrotu znów wypływać,
gdyż zawsze jest nadzieja, że nim zawrócę,
przepłynę dłuższy dystans…
 
Za horyzontem przyzwyczajeń znajdę drogę…

Poemat zagubionego…

Standardowy

Gdzie, gdzie jesteś?
Gdzie się podziałeś człowieku z wartościami?
Gdzie się podziałeś człowieku z ambicjami?
Gdzie…
Czy wszystko musi zmierzać w jednym kierunku?
Do samounicestwienia…
Czy jest sens walki?
Prozaiczna odpowiedź TAK niesie za sobą takie konsekwencje…
Dlaczego tak ranisz siebie i innych?
Dlaczego…
Czy biegniesz, kroczysz, idziesz…
jak chciałeś
Czemu wdziera się kłamstwo, obłuda?
Chcesz coś uratować czy zaszkodzić?
A szczęście?
Co uciekło?
Wdarła się codzienność?
A może rutyna stałego schematu działania…
Jak to przerwać?
Jak zniszczyć, zniewolić i wreszcie do końca zamknąć to na wieki,
raz na zawsze nieodwołalnie…
Czy da radę?
Zaczynasz wątpić…
I co dalej, brniesz coraz głębiej?
Chcesz skończyć jak wcześniej?
Upodlony, odarty do końca z godności?
A gdzie zapał, gdzie zasady i reguły, właściwe zasady i reguły, które miały odzwierciedlenie w życiu?
Sam mówiłeś: nic nie dzieje się bez przyczyny, właśnie nic…
Zniszczyłeś to co piękne…
Czy chcesz odbudować?
Nie wiesz… i właśnie to jest najbardziej zastanawiające…
Tracisz wszystko co w tobie najcenniejsze i co?
i nic !?
Ludzie są coraz dalej?
Dlaczego, przez pieprzony egoizm…
Live is brutal, czy jak to sie pisze nigdy z angielskiego dobry nie byłem…
Ale czy to oznacza brak szczęścia?
Dlaczego tyle trudności?
Czy się uda, a jeśli nie to po co właściwie się starać…
Przecież zawsze wyciągną na wierzch najgorsze brudy i zniszczą człowieka…
zawiodą…
Wiesz co robić?
wiesz…
Ale czy chcesz?
A Pan, Pan czeka, że też Mu się chce…
Tylko czy doczeka…
 
„Ukaż mi Panie Swą twarz,
Daj mi usłyszeć Twój głos,
Bo słodki jest Twój głos i twarz pełna wdzięku,
ukaż mi Panie Swą twarz…”

Istota Człowieczeństwa, Marzenia…

Standardowy
Rawa Mazowiecka 17:59 dnia 27.01.08

W górskim masywie utajony
 Pańskiego podnóżka Giewontowskiego Krzyża
W znaku Ryby Bramą nietkniętą
 co nad Lednicą chrztu świadectwem
W bezmiarze wód horyzoncie miłości
bezdennego, lecz pokonanego oceanu śmierci
W potędze nieokiełznanego ognia
żaru miłości nieprzejednanej
W okruszynie Chleba
nade wszystko w okruszynie Chleba
tak bardzo pragnący
tak bardzo potrzebujący
tak strasznie kochający
kochać pragnie bardziej…

  
 

Myśl, idea życie….

Standardowy

Walcząc o siebie…

Iść?
Po co…
Wypłynąć na głębię…
Kroczyć po wodzie…
Dla Ciebie
Zawsze…
Ufać bardziej Tobie…
Bo na sobie się zawiodłem…
Oddać wszystko…
Zostawić…
Zniszczyć…
Unicestwić…
Być kochanym i kochać…
Kochać Ciebie Bracie będę zawsze…

  

Dziękując Panu za miniony rok!

Standardowy

Dziś refleksja- podsumowanie roku, roku, który diametralnie zmienia mnie i moje życie, w którym pojawiło się multum upadków, ogrom niechęci życia, ale także i przede wszystkim potęga, nieograniczona potęga miłości, potęga, której nic nie zniszczy, potęga która oddziałuje zawsze i oddziaływać będzie na mnie.

Kiedy to życie mi się odmieniło 19 lutego tegoż roku, data niezapomniana, która na pewno na zawsze zostanie w mojej pamięci. Dziękuje Człowiekowi, dzięki któremu takie wydarzenie mogło mieć miejsce, który jako pierwszy tak naprawdę pokazał jak godnie żyć, jak potrzeba zawsze powstawać, jak zawsze motywować siebie do walki, dziękuję mu wreszcie za to, że pokazał jak można prawdziwie kochać, że pokazał jak być autorytetem, a w tym wszystkim być przede wszystkim sobą. Dziękuję! Kocham i Kochać będę zawsze!

Dziękuje ludziom, którzy tak wiele dla mnie znaczyli, a w tym roku musieli odejść, pójść głosić innym i pokazywać swoim przykładem jak prawdziwie kochać do szaleństwa Jezusa…

Dziękuję przyjaciołom, choćbyście wątpili w to bardzo zawsze będę kochać nie przestanę, bo miłość to wierność wyborowi. Dziękuję, że byliście ze mną mimo wszystko i chcę, żeby tak  było zawsze, bądźcie ze mną wtedy kiedy mi źle i wtedy kiedy radość rozpromienia me serce dla was. Kochajcie! Bo Kocham…

Dziękuję dziś Panu za tatę, którego w tym roku powołał do siebie i za to co tak pięknie nazwała Martyna pod notką, którą napisałem po śmierci taty. Mam wspaniałego orędownika, najlepszego przyjaciela, kogoś kto już zawsze będzie ze mną, kogoś kto kochał i kochać będzie zawsze, zawsze, zawsze… Wiedz tato, że Kocham i będę zawsze!

Dziękuję ze doświadczenie wiary jakie daje mi duszpasterstwo charyzmatu świętej rodziny, która przybliża mi tę miłość, dla której warto oszaleć, oszaleć na zabój, bo któż może kochać bardziej niż Miłości Stwórca. Dziekuje za wspaniałych ludzi wśród których czuję się jak w domu, dziś z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć: W moim Nazarecie! Chwała Panu ;)

Dziękuję za doświadczenie Lednicy, za ten mały ogromny cud. Za to że mogłem patrzeć na Ciebie Panie objawiającego swą wszechmoc w tak wielu młodych ludziach, wiedzących co w życiu ważne i odnajdujących sens w życiu dla Miłości, dla Chrystusa Miłości jedynej czystej i pięknej. Do dziś brzmi mi w uszach ta cudna koronka, to zwołanie: Jezusowi Chrystusowi Hej tak wybrzmiewające w tym tłumie zupełnie nieznających się osób, a tak sobie bliskich, bo przecież młodych chrześcijan. Kiedy słyszę słowa pieśni: „Słowa Jego są  słodyczą i cały pełen jest powabu, taki jest miły mój oto przyjaciel mój córki Jeruzalem” Krzyczę Amen Panie!!! Idea ruchu lednickiego coś cudownego, a tak swoją drogą do tegorocznego spotkania nad Lednicą zostało <(157)>< dni, to już chyba się nazywa bzikiem :)

Dziękuję za łaskę sakramentu bierzmowania, ” Przybądź Duchu Święty, spuść z niebiosów wzięty światła swego strumień” Dzień 1 czerwca godzina 18:00 zostaną w mojej pamięci!

Dziękuję za ludzi którym mogłem w jakiś sposób pomoc w tym roku, z którymi mogłem dzielić się swoimi doświadczeniami i którym starałem sie pokazywać Pana jak potrafiłem najlepiej. Dzięki wam że jesteście!

Dziękuję mojej siostrze z  wyboru, za to że niekiedy mnie tak naładowywuje pozytywem życia, że jakby to ktoś powiedział  z butów wyrywa… Kochaj  brata, jak On kocha Ciebie…

Dziękuję człowiekowi, którego Pan postawił na mojej drodze nie dawno w chwili kryzysu chyba jednego z największych. Dzięki takim osobom przekonuje się, że Pan Bóg ma dla mnie wspaniały plan, że On jest zawsze wierny swojemu wyborowi!

Chciałbym, żeby ten rok, dodawał nam więcej siły do walki o samych siebie, o swoją tożsamość o miłość odpowiedzialną za drugiego i wierną wyborowi. Ostatnio ktoś mi powiedział bardzo mądre zdanie: „Jeżeli masz kryzys to trzymaj się mimo wszystko Pana Boga tak mocno jak potrafisz!

Dziękuję Wam, ze jesteście, że byliście i że będziecie!
Kochajcie zawsze oszalejcie z Miłości i nie bójcie się mówić, że kochacie bo warto!
Tego życzę sobie i wam na ten nowy rok, zobaczymy ile się zmieni jak będę pisał notkę 1 stycznie 2009 :)
Przez krzyż do chwały Nieba!
AMEN!
Jeszcze raz dzięki,
Kocham na wieki!
 
NON OMNIS MORIAR!
To co we mnie niezniszczalne trwa!

Błogosławiony Pan Bóg w miłości ludzi jakich stawia na mojej drodze!!!

Standardowy

Dziś jest dziś, wielki dzień, czuć się tak jak dziś mimo wszystko szczęśliwym, a to za sprawą kilku drobnych a jakże istotnych rzeczy jakie mi sie przytrafiają. Były DMN-y w Warszawie i ta harmonia i „Drżenie rąk”- musical „Przed sklepem jubilera”- cudo i święta minęły, Pan się narodził, a także pojawia się… Ktoś przez ogromne K (nawet dosłownie przez wielkie K hahaha ), Dzięki.
Panie kochać Ciebie do szaleństwa, największe z największych marzeń. Mówić, że kocham i kochać czystą miłością, bo przecież jak wielki musi być Pan, że kocha mnie do szaleństwa i mało tego obdarzył mnie umiejętnością kochania.
W dzisiejszym świecie trudno jest to pojąć, ale nie w tym rzecz, dziś powinniśmy dziękować  Panu za idealistów, którzy tworzą ten świat, jak to ktoś mi niedawno powiedział, za idealistów którzy są szaleńcami Bożej Miłości. Kochani nie bójmy się mówić, że kochamy, nie bójmy się rozmawiać o problemach, poszukujmy tego co dla nas ważne z Bogiem, szukajmy a znajdziemy, kołaczmy a otworzą nam…
Dziś wiele się zmienia, dziś jest wielki dzień…

Pan jest moim pasterzem, 
nie brak mi niczego.

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. 
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę. 
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.

Chociażbym chodził ciemną doliną, 
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.

Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity.

Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy

 AMEN!!!

 

Ps. Zostań szaleńcem Bożej Miłości wiernej wyborowi… i DZIĘKI  roza 

Maleńka miłość zbawi świat…

Standardowy

Stojąc przed oknem marzyć

Patrząc w niebo śnić

Myśleć o nowo narodzonym tryumfie dobra

życzyć miłości

wiernej wyborowi

dostrzegac chór serafinów śpiewajacych Gloria

Pytać siebie o sens

dziękować za łaskę i pytać: dlaczego???

Umierać dla miłości i życzyć każdemu umiejetności kochania

Bo Miłość przyszła dziś na świat

Jak wielki musi być Bóg, że oddał ludziom To co dla niego najcenniejsze!

Ukochał marność jaką jest człowiek do końca!

W tym szczególnym dla mnie dniu pragnę podziekować Panu za ludzi jakich postawił na mojej drodze i jakich ciągle stawia..

Dziekuje wam, że jesteście!

(każdy z was wie, że własnie jego mam na mysli)

 

 

Pragnąc nienagannej świętości!

Standardowy

Jutro wreszcie DMN już sie nie mogę doczekać. Te cudowne chwile spędzone razem z ludźmi o podobnym sposobie myślenia, widzącymi podobnie jak ja najlepszą receptę życia właśnie w Nazarecie. Wciąż brzmi mi w uszach”Prawda jedyna” ze słynnymi chwytami i ta niepojęta błogość dźwięku żdżarskiej kaplicy… Wspólne śpiewy z gitarą modlitwa, adoracja niekiedy nawet tak mało znaczące epizodyczne jedne z wielu a jak wiele wnoszące, brak biegania, brak problemów tylko Bóg, Bóg i jeszcze raz Bóg. To odkrywanie siebie wciąż na nowo, to nabieranie siły do walki z szatanem. Jakbym chciał, żeby moje życie było zawsze takie piękne i czyste jak jest w tych kilku dniach kilka razy do roku…
warto przeżyć tak głębokie doświadczenie nazaretańskiego zachwytu domem Świętej Rodziny i zatrzymać je w sobie na zawsze.
Amen!
(wykorzystując pewny zbieg okoliczności):
Chcę do Nazaretu :)
  

Ktoś, kedyś, gdzieś wypowiedział…

Standardowy

Mówił o miłości, o budowaniu na prawdzie, o normalności, o zwykłym uśmiechu, o dostrzeganiu siebie w szarej codzienności, o potrzebie bycia kochanym i kochania tylko i wyłącznie nic poza, nic… Gdzie się to wszystko podziało? Nie wiem.. Dlaczego wkradł się brak zaufania, dlaczego weszło w to niejako odtrącenie oszukanie, obwinianie… Dlaczego nie jest normalnie. Może naprawdę egzystencjalna miłość na tak zepsutym świecie jak nasz nie istnieje? Tak wielkie słowo jak „kocham” zobowiązuje, bardzo zobowiązuje. Kiedy pragnie sie dobra drugiego, kiedy czerpie sie z pragnienia tego dobra korzyści dla siebie… Gdzie się podziała Pawłowa miłość??? Jak wielokrotnie w takich sytuacjach o to pytam, jak często pisze o tym tutaj… Czy kiedyś będzie jak dawniej, czy pojawi się znów bezgraniczne zaufanie, czy będzie dobrze? Nie wiem, na to będzie potrzeba dużo czasu i wysiłku, rany zadane sercu goja się bardzo długo… Czy ja tragizuje, czy może robie wielkie halo z niepotrzebnych rzeczy? Nie wydaje mi się, raczej staram sie obiektywnie postrzegać rzeczywistość. Czy to coś da? Już chyba nic, kiedy na słowa jest mi przykro reaguje sie śmiechem, kiedy mówienie prawdy postrzegane jest jako atak, a przedsięwzięte kroki zmierzają tylko do odparcia tego „ataku”… Spojrzenie w oczy, na to nie ma już miejsca najwidoczniej nie ma. Pozostaje ubolewanie nad niezmiennością sytuacji… 

W takich właśnie życiowych momentach człowiek by najchętniej zakończył swoje egzystowanie w tym zepsuciu. Ale jednak nie… Dlaczego? Serce podpowiada: kochaj mimo wszystko… walcz, choćbyś miał być ostatnim na polu, a wszyscy by pouciekali, bądź zostali zabici, żyj dla miłości, żyj miłością po prostu kochaj, kochaj zawsze, ufaj i idź mimo wszystko, jeśli trzeba cierp, myśl o tym jak miało być jeśli jest źle i dąż do dobra nie uciekaj od problemów, ale staraj się je eliminować, szukaj szczęścia nawet jeśli czujesz sie nie rozumiany. któż może kochać bardziej niż miłości Stwórca???
To On obdarzył i mnie i ciebie przymiotem Jemu samemu najbliższym, umiejętnością kochania!  Jak wielki musi być Pan, że tak uhonorował podległego grzechowi człowieka! Za program weź miłość, za oręż weź miłość, na tarczy napisz miłość i walcz…

Amen!!!

  

W Tobie jest światło, każdy mrok rozjaśni…

Standardowy

Ostatnio bardzo często wracam do doświadczenia Lednicy, doświadczenia skupień duszpasterstwa, doświadczenia rekolekcji lektorskich, do pogrzebu taty, do tego co we mnie piękne. Tak, piękne i nie boje się powiedzieć, że piękne! A wracam dlatego, bo warto wracać. Idąc dziś miastem przed wieczorem zastanawiałem się nad istotą mojego rozerwania miedzy dwoma rzeczywistościami mojego życia, że nie wszystko wygląda tak jak bym ja tego chciał, że niekiedy zamykam sobie sam drogę do realizacji marzeń, wiem dziwne to, ale prawdziwe. Jakbym chciał niekiedy zacząć wszystko na nowo, inaczej bym to poukładał, inaczej… Aczkolwiek dostałem dziś odpowiedz na moje pytanie, nad którym sie mocno zastanawiałem, zadziwiającą odpowiedź, bardzo szybką odpowiedź. Jest jedna droga właściwa, jedyna do powzięcia, ale czy sprostam… Ostatnio często zadziwia mnie tempo działania Pana Boga poprzez Słowo jakie kieruje konkretnie dziś do mnie …. Dlaczego? Nie wiem dlaczego, po prostu tak jest, a wszystko to pozostaje niewytłumaczalną Jego tajemnicą. Jak Wielki musi być Pan Bóg moje Światło, rozjaśniające drogę życia, moje Życie, dające nadzieję na przezwyciężenie śmierci, moja Ufność, niekiedy zatracana przez moją własną głupotę, jak wielkie musi być Jego miłosierdzie. Jak wielki musi być Pan skoro obdarzył mnie ułomnego umiejętnością kochania!!!
  

To co we mnie niezniszczalne trwa!

Standardowy

Kiedy zakładałem tego bloga myślałem, że będzie on tak oklepany jak inne blogi w taj kategorii (nie wszystkie) w których pisze się Pan Jezus powiedział to, a ten święty to był taki… itd. Na szczęście tak nie jest. W pewnym momencie zaczęło go pisać życie i bardzo dobrze… Mam tu cząstkę siebie. Są tu moje wątpliwości, smutki i radości po prostu wcześniej wspomniane życie… Dziś zostawiam w treści tej notki znów coś z siebie coś co we mnie aktualnie siedzi. Ostatnio dość często pytam siebie jak iść, jak kroczyć w tym zapyziałym światku, jak odnaleźć normalność, wewnętrzny spokój? Jak przestać toczyć batalię ze sobą? Jam mam egzystować, marzyć, planować będąc uzależnionym od chorej miłości i cierpiąc na jej brak? W dzisiejszym świecie nie ma Platonicznej miłości! Bo kto jest bezinteresowny? Kto kocha mimo wszystko? czy komuś jeszcze na czymś zależy? i wołam: „podnieś mnie Jezu i prowadź do Ojca…” Jaki ma to cel, podobno ma, stram sie w to wierzyć z całych sił. Ach nie wszystko jest takie proste jakby sie mogło wydawać…
  

Miłości, gdzie jesteś ma miłości?

Standardowy

Gdzie się ukryłaś bezinteresowna miłości?
Gdzie jesteś o kochająca moja?
Gdzie to piękne życie, w którym byłaś?
Gdzie życie…?
Czyżby pozostał ogromny bagaż wspomnień,
tych kilku szczęśliwych wrytych w pamięci?
Gdzie mam dalej szukać?
Gdzie dalej biec?
Którędy kroczyć?
Jak iść?
Może nawet wiem jak iść, ale bez ciebie będzie mi bardzo trudno…
i tak żyć?
kiedy wszystko jest maksymalnie spłaszczone
zubożone , obnażone z tego co powinno być na górze piramidy hierarchizującej wartości?
Kiedy słowo…
czyn…
i myśl przeczą Pawłowej definicji Twojej,
Kiedy śmierć jest najlepszą alternatywą na życie,
Ja pytam: Gdzie jesteś Miłości,
gdzie jest twój oścień?
  

Z mojego
marnego życia!

Życie , walka o szczeście?

Standardowy
No tak i co ja mogę napisać, że znów wszystko wydaje się bezsensem, totalnym bezsensem. Albo może, że ludzie pokazują swoje prawdziwe oblicza, rządnych władzy, zazdrosnych, nieczułych, ordynarnych, nieprzyjmujących do wiadomości racji innych i argumentów tylko dlatego, że trzeba być podporządkowanym, to już nie można mieć swojego zdania??? To jest jawna kpina i wielka dyskryminacja. Świat pokazuje jaki naprawdę jest, ludzie ujawaniją swoje tożsamości, odsłaniają obłudne oblicza, a ja mam szukać prawdy??? To jest żart, kpina jak już wspomniałem… Nie mój drogi Marcinie to jest rzeczywistość w jakiej przyszło ci żyć, w jakiej przyszło raczej wegetować. I tak to wygląda jak to mówią nic co dobre nie trawa wiecznie… A co z wartościami nieprzemijającymi takimi jak miłość??? Nie ma miłości, tylko nieliczni potrafią kochać czysto i bezgranicznie i chcieć dobra, rzeczywiście dobra dla drugiego. Niektórzy chcą zaspokoić potrzebę kochania drugiego jednocześnie, kiedy człowiek jest dla takiego delikwenta obojętny, to jest tak zwana fałszywa miłość, egocentryczna, gdzie to ja mam być kochany i ja kochać, ale nic więcej, nie mówiąc nic o czynie miłości, który w tej kwestii nie wchodzi w grę. A ja głupek dalej brnę we wszystko co daje mi szczęście i jakie ceny za to płacę- bardzo wysokie. Gdyby nie cele, gdyby nie marzenia leżałbym dziś na dnie bagna grzechu i byłoby mi dobrze „rozpaczliwie dobrze”. Ale cóż mi teraz pozostało walczyć z przeciwnościami i iść do przodu. I mimo wszystko kochać. Tak Panie! Amen!!!
  

On Panem jest od wieków na wieki!

Standardowy

Ostatnio dość dobitnie te słowa brzmią w moich uszach. Czytając tego bloga można zauważyć wolę walki, upadanie i podnoszenie się. Dziś stwierdzam jednoznacznie mimo wszystko nie zamieniłbym siebie na kogoś innego, ostatnio dość często to podkreślam nie wiem dlaczego, przecież nie jestem kimś wspaniałym, wręcz przeciwnie, ale lubię siebie, dostrzegam w sobie też pozytywne strony co wcześniej było nie częstym zjawiskiem.
Przez ostatnie dwa tygodnie praktycznie codziennie coś mnie zaskakuje, coś prowokuje niejako do pozytywnego myślenia i wreszcie uświadamia mi, że marzenia te najskrytsze, te najcichsze, te o których się śni praktycznie co noc, te o których rozmyśla się codziennie, te na których myśl ciepło sie robi na sercu i czuje się dreszcz przechodzący po plecach się po prostu najzwyczajniej w świecie się do końca
SPEŁNIAJĄ!!!

Amen!
  

Quo vadis Vitae?

Standardowy

Dokąd idziesz, dokąd pędzisz moje życie??? Dziś właśnie myślałem  nad sensem  mojego istnienia, myślałem o walce, o  nieustającej walce, oglądałem zdjęcia  taty, wspominałem „słowa” jakie wypowiedziałem nad jego trumną…
A jakie jest ich odzwierciedlenie w moim życiu? Kiedy wiele rzeczy wydaje się prostszych niż myślałem, a z drugiej strony boję się, że taka pewność siebie może mnie zgubić, ale nie ryzykować hmm też nie warto. Wypowiedziane wtedy słowa w tym momencie znajdują swoje odbicie w rzeczywistości i aby tak pozostało jak najdłużej. Patrzyłem dziś na piękno zachodzącego słońca. Przyglądałem się światu, rozpamiętywałem szczęśliwą przeszłość, myślałem o przyszłości racjonalnie i realnie, ale także odważnie marząc o spełnieniu planów. Dokąd biegniesz moje życie? Chyba wiem; niepewny wyboistości  drogi;  nie ważąc  na góry i górki, które mam do pokonania; chwiejnym krokiem; od czasu do czasu siadając i zatrzymując się nad tym, co już mam, co już osiągnąłem; często upadając bardzo boleśnie, podnoszę się, otrzepuje pył i kurz i IDĘ dalej! I szedł będę zawsze…
  

Z perspektywy czasu…

Standardowy

Wszystko biegnie, zmienia się a ja wciąż ten sam, cały czas taki sam, tak samo walczący bijący się ze samym sobą, będący raz na jednej stronie szali grzechu raz na drugiej, walczący o siebie i tak zawsze, do końca moich dni. Jeżeli Ty tego wymagasz to ja będę starał się temu sprostać. Pan stawia na mojej drodze rozmaite przeciwności, przeciwności, którym ja zawsze będę stawiał czoło bez względu na wszystko. Dziś jest szczególny dzień, dzień rozłąki kończy się kolejny w jakiś sposób etap mojego życia.
Z jednej strony tego nie chcę, a z drugiej dobrze , że tak się dzieje. Zresztą co ja mogę. Tylko Twoja wola. A ja proch marny, na razie mogę tylko marzyć o człowieczeństwie i samorealizacji. Ach…
Amen  
Dzięki za wszystko!!!
  

Kto nie boi się wierzyć, że sie uda? Ja nie, ja wierze, wiara czyni cuda!

Standardowy

Otóż moi drodzy czytelnicy, widzę, że ten blog przeszedł już apogeum waszych możliwości komentatorskich, ale ja sie tym nie zrażam, o nie, nie… Stali bywalcy zapewne pamiętają, iż w ostatniej notce wypowiedziałem wręcz swoją niechęć co do spełnienia życiowych marzeń, a więc w związku z tym chciałbym nadmienić, iż mam 10% szansy na ich całkowite spełnienie, a jeśli ktoś mnie zna to wie, że jeśli zostałby nawet 1% szansy, a ja dostrzegałbym, że on jest i wiedziałbym, że nie zrobię tym krzywdy drugiemu i jest to zgodne z wolą Boża (co do pierwszego nie mam zastrzeżeń, co do drugiego czas pokaże) to i tak dopnę swego, aby czuć się do końca spełnionym. Dzięki wszystkim za to, że są ze mną!

Dla zmęczonych życiem kilka praktycznych rad, uwaga wynikających z mojej autopsji:
*nie ma przeciwności, których nie da sie przezwyciężyć!
*potknięciami nie należy sie przejmować bardzo, owszem trzeba je przyjąć nie bagatelizować, ale jako lekcje na przyszłość i wyciągnąć z tego dobre wnioski, a potem konsekwencje od siebie!
*życie to nie ustająca walka tylko od ciebie zależy jej wynik!

ZAWSZE WARTO BYĆ NIEPOPRAWNYM OPTYMISTĄ!!!
ach..
Nie wiem czy to co napisałem ma jakiś sens ale warto na tym oprzeć swoje życie, polecam  hahaha !
A co z tym zrobicie…

 
„Gdzie możliwości moich kres tam Jego początek jest!”

A świat dalej pędzi!!!

Standardowy

Jak to wszystko szybko sie toczy, jutro miną dwa tygodnie jak umarł tata, a ja mam wciąż wrażenie, że wróci ze szpitala… Ostatnio czas jakby mi sie zatrzymał, staję nad jego grobem, co czuje? zobojętnienie, pustkę, a jednocześnie pomoc z jego strony przekazywaną mi z nieba, ach… Wracam do codzienności, zapominam, żyje normalnym życiem, bo przecież śmierć to początek tego co najpiękniejsze…  Czuje, że bardziej doceniam miłość innych ludzi, szkoda tylko, że mam wrażenie bycia na drugim planie na uboczu jak nie ma drugiego nie mam tego za złe, bo przecież kocham, tylko trochę mi z tego powodu przykro…
I tak idę sobie niepewny jutra, wiedząc praktycznie na 90%, że swoich marzeń nie będę mógł spełnić, jaki to jest ból??? A jednak uparcie do nich dążę, bo dostałem życie po to żeby je dobrze przeżyć!!! A co z tego będzie wie tylko jeden Pan Bóg, Jego wola, zawsze na wieki AMEN!!!   

Niebo Nowe i Ziemia Nowa!!!

Standardowy
Wczoraj towarzyszyłem Tacie w ostatniej Jego drodze. Do kaplicy pogrzebowej przyszedłem 40 minut przed wszystkimi, wyglądał jakby spał… mój Tatuś…
Wszyscy płakali oprócz mnie, nawet ludzie, którym mniemałem za życia był obojętny uronili kilka łez. A ja stałem modliłem się rozmawiałem z Nim, spoglądałem to na Niego to w okno kaplicy na niebo przesłonięte drzewami i powoli uświadamiałem sobie, że mam świętego w rodzinie, najlepszego orędownika- mojego tatę…
Kiedyś jak wiedziałem już, że jego życie może chylić się ku zachodowi modliłem się, aby odszedł do Pana pojednany i Pan spełnił moją prośbę…
Kiedy miałem podejśc do ambony zaśpiewać, powiedziałem sobie: „Tato to dla ciebie, pomóż mi!” Słyszałem komentarze: „Powinien stać z matką za trumna gówniarz jeden”, a ja wiem jedno bardziej sie Tacie przysłużyłem będąc przy ołtarzu, tu jest moje miejsce, tu jest moja posługa i zawsze tu będzie…
Za trumną szedłem z uśmiechem, wiedząc, że się niebawem zobaczymy, że bedziemy mogli obaj chwalić Pana  w Jego  „Niebie Nowym i Ziemi Nowej”
ach i dzieki za kondolencje , które nie wiem z jakiej okazji dostałem :D!

Kiedy życie mówi dobranoc… otwiera się niebo dla mojego taty

Standardowy

Wczoraj podszedł do Pana mój najukochańszy Tatuś… Ja wówczas byłem na pogrzebie mamy znajomego, prawie 400 km od domu. Umarł za 15 dwunasta w południe, po prostu po cichu zasnął, a Pan przytulił go do swojego ramienia… W godzinie odejścia mojego Taty ja czytałem Słowo Boże na pogrzebie, czytałem Słowa, które są bardzo szczególe w moim życiu, Słowa, dzieki natchnieniu którym powstał ten blog!!! „I ujrzałem Niebo Nowe i Ziemię Nową  bo pierwsze Niebo i pierwsza Ziemia przweminęły, i Miasto Święte Jeruzalem nowe ujrzałem zstępujące z Nieba od Boga”, a równie dobrze mogłem wtedy przeczytać: „I oglądasz Niebo Nowe i Ziemię Nową, bo dla ciebie to Niebo i ta Ziemia przemineły i morza, tego morza już dla Ciebie nie ma… oglądasz Miasto Święte Jeruzalem Nowe… Tato…

Dziś wspominam jak byłem malutki i zakładałeś skarpetki na moje małe, zmarznięte nóżki, kiedy słyszałem to zawołanie jak czegoś potrzebowałeś, to słowo „synu” w Twoich ustach tak cudownie brzmiało, nigdy już takiego słowa nie usłyszę… Kiedy mama opowiadała jak zasypiałem tylko na Twoich kolanach… Kiedy szedłem do przedszkola, jak robiłeś mi herbatę, wstawałeś rano bo mama szła do pracy… Kiedy wierciliśmy razem dziury w warsztacie pamietasz?? Kiedy biegałem, żeby Ci pomóc jak już byleś chory, kiedy wołałeś pomocy, żeby wstać, żeby Ci pomóc… kiedy noce były nieprzespane, bo trzeba było tobie pomóc za to wszystko dziekuje Ci Tato… Dziękuje Ci, że byłeś, że kochałeś. Przepraszam, że może za rzadko się opiekowałem Tobą, przepraszam, że nie zdążyłem Ci powiedzieć, że Cię kocham… nie zdążyłem, a tak bardzo chciałem…

Przepraszam Tato, to będzie pierwsza rzecz o jakiej Ci powiem jak się spotkamy po tamtej stronie.. Dzieki!!!
Jak najszybciej…

„Masz w sobie wiarę, kiedy się zdaje, że już nie wyjdzie nic, ona nam daje siłę by się wzbić???”
Mam, przeżyje to życie tak, żebyś mógł potem powiedzieć, że jesteś dumny, zapewniam nie zawiodę!!!
Dzieki Ci Tato dzieki, dzieki,
KOCHAM!!! bardziej niż wcześniej!

  

Ach, to życie…

Standardowy

To nic innego jak stos jakis wydarzeń poukładanych
niekoniecznie w logiczna całość
kiedy człowiek wydaje ci się inny      
odmieniony kiedy patrzysz na niego przez pryzmat minionych wydarzeń
chcesz zapomnieć ale to wraca w głupich sytuacjach
jak bumerak
zastanawiasz się czy aby napewno nie przesadzasz
czy nie jestes przewrazliwiony???
A życie cię uczy, żebyś dwa razy nie wchodził do tej samej rzeki,
nie potrafisz zawierzyć zostawić oddać
kiedy ciągle słyszysz wypominki aż staje sie to głupie,
nurzące niszczeje człowiek w twoich oczach tak naprawde niszcząc sam siebie i odbuduj więź
Nieraz bym chciał tak wszystko wyrzucić
zostawić odejść
powiedzieć i zamknąć ale kiedy ludzie szrgają moje zufanie…
nie potrafię
żeby to wszystko było takie proste
nie raz mam wrażenie że już chce powiedzieć
ale coś mnie zblokowuje i mobilizuje do zaczekania
i często mam w tym racje
mam już dość tej falszywości obłudy
zmiany masek chce autentycznosci tylko nie wiem gdzie jej szukać…
  

Kiedy dusza woła Boga!

Standardowy
Umieram wewnętrznie,
patrzę na świat prez przyzmat dotychczasowego życia,
wsztstko wydaje się do bani,
walczę, ale się sypie,
przegrywam kolejne bitwy,
brnę w grzech coraz głebiej,
doznaję śmierci sumienia,

Czy tak wygląda twoje życie???
skąd ja to znam, zostają puste słowa
przesówających się pod palcami paciorków modlitwy,
ludzie się zmieniają, ja już nie taki sam,
stoję obok i nie mogę pomóc,
a jednocześnie patrzeć na udrękę i wyczerpującą walkę z szatanem,
a trzeba tak nie wiele,
tylko szkoda, że inni tego nie dostrzegają,
boją się prawdy???

Być może,
a ja szukam normalności w każdym dniu mojego życia,
odnajduję ją, ale tak do końca nie wiem czy nie jest przekłanana.
Cierpienie…
Ból…
śmierć- lekarstwo?
- moja codzienna rzeczywistość.
I walka, walka o drugiego,
walka o siebie…
Czy jest dobrze???
Jest, bo dopiero przegrałem bitwę,
a wynik wojny zależy tylko ode mnie…
i wygram, bo Ty jesteś ze mną!

Jak to jest?

Standardowy

Wszyscy patrzą na mnie jak na dziwaka,
bo co, bo chodzę częściej do kościoła,
bo ubieram się według swojego uznania, a nie według najnowszych trendów,
czy też, dlatego, że ludzie przez to, jaki jestem, a właściwie jak postępuje patrząna mnie w samych superlatywach.
Otóż chce wszem i wobec pokazać, iż najnormalniej w świecie tak nie jest,
jak każdy mam swoje problemy,
bardzo wielu ludzi mnie np. z pozoru nie rozumie,
gdyż w dzisiejszym świecie spotyka się bardzo mało osób mojego pokroju,
którzy myślą przyszłościowo i tak naprawdę już do końca wiedzą, co chcą w życiu osiągnąć,
ale bywają też chwile trudne, chwile, kiedy wszystko się wali,
kiedy o 3 w nocy (czego już adekwatnie nikt nie rozumie) spoglądam w okno, widzę niebo pełne gwiazd i układam idealny plan na przyszłość,

tak wiele można wtedy dostrzec,

dostrzec Boga,

dostrzec siebie!

i buduje plan wzorów jakie będę układał na brukowanej kostka po kostce ścieżce mojego życia,
czego ja tak naprawdę chcę,
tego nikt oprócz mnie tak do końca nie wie,
i dobrze!
Żyć marzeniami, planami,
borykać się z przeciwnościami,
tak się często zastanawiam, dlaczego ludzie mi ufają
nie wiem dlaczego, może stwarzam pozory,
może jestem faktycznie godny ich zaufania,
nie rozumiem, ale dobrze jest jak jest,
a zawsze może być lepiej,
ach pieprznięty równo jest ten świat
i choć nie wypływa z tej notki jak z poprzednich jakaś większa refleksja, jest ona natomiast krótka i przejrzysta:

Warto się zastanawiać nad sobą, nad innymi,bo można dojść do naprawdę zaskakujących wniosków!!!

  

Lednica…

Standardowy

I stałem tam…
I patrzyłem na ogrom młodego Kościoła…
Stałem sam…
mimo wielu
Dostrzegałem znak
RYBĘ…
Widziałem Boga…
Widziałem Niebo…
I myślałem
o…
żeby…
kiedy…
gdzie i…
dlaczego…
dlaczego ja???…

Przechodziłem, szedłem,
Biegłem. kroczyłem,
jak chciałem.

Czego mi więcej trzeba???
Niczego!

IDĘ!!!

  

Ps. Mimo wszystko
życie jest piękne!

Duchu Święty!!!

Standardowy

 
1 dar Mądrości
2 dar Rozumu
3 dar Rady
4 dar Męstwa
5 dar Umiejętności
6 dar Pobożności
7 dar Bojaźni Bożej.

Jeden z największych dni mojego życia, dzień przyjęcia sakramentu Bierzmowania, dzień podjęcia się „dorosłości chrześcijańskiej”. Czy ja jestem godny przyjąć ten sakrament? Tego naprawde nie wiem. Wciąż w rzeczywistości jestem zwyczajnym smarkaczem, który szuka swojej życiowej drogi. I cały czas gubię się w gaszczu grzechu, w dzisiejszym zdeprawowanym świecie. Cały czas zawodze innych, cały czas zawodze siebie, PRZEPRASZAM za wszystko! Chcę żyć normalnie, normalnie się cieszyć, oddychać pełną piersią, a nie tylko skamleć po kątach, chce rzeczywiście umocniony darami Ducha iść właściwą już myślę wytyczoną sobie drogą. Panie dziekuję Ci za kolejną już w moim życiu łaskę sakramentu pokuty, dziekuje za to, że odpuszczasz mi grzechy, że mimo doświadczenia duchowej śmierci ty mnie podźwigasz, dajesz życie.

Panie, pragnę, aby Duch Święty, którego dary w sposób widzialny poprzez namaszczenie jutro otrzymam umocnił mnie do mężnego wyznawania wiary i do postępowania według jej zasad!


Hymn do Ducha Świętego

O Stworzycielu,Duchu, przyjdź,
Nawiedz dusz wiernych Tobie krąg.
Niebieską łaskę zesłać racz
Sercom, co dziełem są Twych rąk.

Pocieszycielem jesteś zwan
I najwyższego Boga dar.
Tyś namaszczeniem naszych dusz,
Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

Ty darzysz łaską siedemkroć,
Bo moc z prawicy Ojca masz,
Przez Boga obiecany nam,
Mową wzbogacasz język nasz.

Światłem rozjaśnij naszą myśl,
W serca nam miłość świętą wlej
I wątłą słabość naszych ciał
Pokrzep stałością mocy Twej.

Nieprzyjaciela odpędź w dal
I Twym pokojem obdarz wraz.
Niech w drodze za przewodem Twym
Miniemy zło, co kusi nas.

Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
Daj, by i Syn poznany był.
I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
Niech wyznajemy z wszystkich sił. 


                                                     Panie, Ty wiesz…

ŻYĆ…

Standardowy

Wypłynąć na głębię…
Nie lękać sie…
Przezwyciężać siebie…
iść…
biec…
kroczyć…
do przodu,
zawsze…
kochać…
wielbić…
krzyczeć ,
zawsze…
Pokonywać dla Ciebie Szczęśliwości Niepojęta
Majestacie piękna tryumfu!
ubóstwiać

żyć…???

Panie ratuj!

Standardowy

Ratuj mnie Panie, gdy sie od Ciebie oddalam,
Ratuj mnie , kiedy się buntuje,
Ratuj mnie, kiedy upadam w swoich postanowieniach,
Ratuj mnie, kiedy zaczynam kroczyć za tym co oferuje świat,
Ratuj mnie, gdy uciekam,
Ratuj, kiedy zapominam,
Ratuj,  kiedy się sprzeciwiam,
Ratuj, kiedy nie mam siły do walki,
Ratuj, kiedy się poddaje,
Ratuj, od ponownego upadku na samo dno,
Ratuj, przed zmorami dnia codziennego,
Ratuj mnie przed grzechem,
Ratuj mnie, bo chronie się do Ciebie,
Ratuj mnie od marności mojej,
Ratuj mnie od obłudy,
Ratuj mnie od krzywego patrzenia na innych,
Ratuj mnie od samego siebie,
Ratuj mnie od tego co mnie niszczy i zabija.
                                            

                            Ratuj mnie Panie…
                                                  …Bo Cię KOCHAM!!!


z mojego marnego życia…

W świecie obłudy

Standardowy

 co?  co?  co? 
W dzisiejszym świecie, świecie obłudy, świecie zakłamania,
 gdzie pieniądze i wszelkiego rodzaju  zachcianki ludzkie biorą góru,
 można zachować jako taką moralność???
 Jedni powiedzą, że to nie realne i mają w jakiś sposób racje,
drudzy powiedzą, że, a i owszem, przecież zawsze można być asertywnym.
I tak mimo wszystko trwamy w pogoni za pieniądzem,
 za karierą, a ja pytam szcerze i otwarcie po co to wszystko???
Tak naprawde do czego to potrzebne???
I pytam jeszcze: Gdzie w tym wszystkim Bóg???
Jak można dostrzec piękno i wszechmoc Boga w dzisiejszym,
 nie wiadomo dokąd pądzącym świecie.
Warto się czasem
 zatrzymac,
 pomyśleć,
 wyizolować,
 oddac się kontemplacji.
 Zadajcie sobie pytanie:
 Czy bylibyście w stanie porzucić wszystko co oferuje dzisiejszy świat dla Boga???
Czy jesteście w stanie podjąć jego wyzwanie i starać głosić jego nowine swoim życiem???

Podzielcie się refleksją hahaha 

Szukał ludzi gotwych pójść za nim?

Standardowy

A jak ty odpowiadasz sobie na pytanie dotyczące twojego powołania?

Kim jest dla ciebie Chrystus, czy rzeczywiście droga prawdą i życiem?

Czy twoje czyny dobrze świadczą o twoim chrześcijaństwie?

Czy jesteś świadom, że Pan za Ciebie umarł?

Kim jestem, że o mnie pamiętasz?

Standardowy
    Kim ja jestem?
jestem nikim
małym człowiekiem
prostaczkiem
marnotrawcą i grzesznikiem
obłudnikiem
słabym
upadającym
wątpiącym
strzępkiem duszy
bałaganem myśli
niewolnikiem zła
buntownikiem
a nade wszystko Kim, że o mnie pamiętasz???

    Często być może zadajesz sobie to pytanie, ja nadzwyczaj często- zawsze gdy upadam w swoich postanowieniach, gdy w jakikolwiek sposób sprzeniewierzam się Panu. Niekiedy Bóg pragnie nas doświadczyć, niekiedy grzech nas opanowuje tak, że nie jesteśmy w stanie zaprzestać zła, które nas niszczy i mimo takiej świadomości i naprawdę szczerej woli zupełnej przyjaźni z Bogiem- upadamy i tak sukcesywnie raz po razie. Ale upadki się nie liczą, liczą się powstania.

Panie daj nam siłę powstawać, daj nam siłę nieść swój krzyż, daj siłę pokutować, i mimo zdartych i poszarpanych kolan iść dalej, a jeżeli zwieńczeniem krzyża naszych niekiedy wielkich udręk ma być krzyż i jeszcze większy ból daj wytrwać, mimo słabości i mimo grzechu, bo nikt nie dostał jeszcze takiego ciężaru na swoje barki którego nie mógłby podnieść i „tachać” na ścieżce zwanej życiem, a kiedy jest wola kolejnego powstania ty na pewno pomożesz.

Mimo tego co napisałem nie znajduję odpowiedzi na pytanie:

Kim jestem, że o mnie pamiętasz???
nie wiem, ale jedno wiem na pewno…

Dla Bartka

Standardowy

Zdając sobie sprawę jak ci przykro z powodu tego, iż nie wspomniałem twojej wypowiedzi w jednym z postów pisze w rewanżu notkę specjalnie dla ciebie. Widząc rozżalenie w twoich oczach, z tego powodu poświęcę się i dołożę wszelkich starań aby ta notka sprostała twoim oczekiwaniom.
Wiec moi drodzy chce to podać do publicznej wiadomości mój kolega Bartek stwierdził, że wiara jest dla niego: nowym życiem
(podaje autora, żeby nie było że naruszam prawa autorskie).

To co nam wyjawiłeś prowadzi do jakże przepięknej refleksji nad swoim postępowaniem, nad własną postawą, że po każdym oczyszczeniu jakie nam daje spowiedź w wierze niejako zaczynamy nowe życie następny etap, nowy rozdział i nawet jeśli upadniemy to możemy zacząć wszystko od początku!!!

Mój drogi Bartku jeżeli cie to nie satysfakcjonuje co tu zapewne przeczytasz wiec, że to co pisze jest szczere!!!

Korzystając z okazji:
-Kinga z całego serca ci życzę- zostań tą zakonnicą,
-Najwielebniejszemu opiekunowi i kierownikowi duchowemu (wow jak to brzmi) życzę- zostania biskupem,
-Bartku- idź do seminarium tam cie chociaż kobieta nie zawiedzie,
Przy tym pozdrowionka dla:
 s. Joeli, więcej DMN-ów
s. Cordii, więcej katechez
 s. Patrycji, ach te Żdżary
 Pauliny, ładnie grasz na gitarce!!!
 Agnieszki, i nima soku :(
 Marty, ten bagażnik:)
 Luisy, do ciebie brak mi słów
 Tosi, ach ten śpiworek!!!
 Moniki, nie klnij!!!
Magdy, ach…
 Koziołka, „… na śmierć!!!
 Kamila, szczotka do „sedesu” służy do czego innego!!!
Adama, boli główka??
  i oczywiście Wiktorii

 

Jesus Christ, You Are My Life

Standardowy
    Warto sobie zadać pytanie:
Kim jest dla mnie Chrystus, a jeśli faktycznie życiem, jak głosi tytuł mojego postu, to kim konkretnie w tym życiu???

Ja mogę wam tylko powiedzieć kim jest On dla mnie:
jest pomocą w najprostszych sprawach, wiernym zawsze wybaczającym przyjacielem, kimś na kim mogę zawsze polegać   nie ważne czy jest 3:00 w nocy, czy środek dnia, pełni dyżur dla mnie przez całą dobę, 24 na 24, jest kimś z kim chcę kroczyć przez całe moje życie i mimo, że zawodzę to mogę jednoznacznie stwierdzić, że z każdym moim upadkiem

On kocha mnie coraz bardziej,  umarł za mnie, a taka ofiara nie mogła być daremna, wsparciem we wszystkich trudach, Cyrenejczykiem niczego do podźwignięcia ponad siły nie daje, a jeszcze do tego pomogą nieść swój krzyż, wielkim darem , który zawsze mogę uwielbiać, kochać i adorować, głosić Jego chwałę do końca życia, a potem już tylko chwalić i wielbić do końca, Kimś kto wiedząc o mnie wszystko mną nie gardzi, Panem moim i zbawicielem, który zmartwychwstaje dla mnie na każdej Eucharystii i tak można w nieskończoność tylko po co???

Jest jedyna racjonalna i najbardziej ogólna odpowiedź na wcześniej zadane pytanie:

Jest Miłością.

To On kocha mnie najbardziej i najbardziej pragnie mojego szczęścia, ale czy ja to rozumiem i doceniam???

On za mnie umarł, za mnie, za ciebie i za każdego z nas rozumiesz???

Dźwigał nasze grzechy z oddajmy je Jemu w Ofierze, On zwyciężył zło, piekło i  szatana, przezwycięży i mój grzech!!! 

Nawet jeśli upadniesz powstań Pan na to czeka!

Standardowy

    Upadam, upadam, upadam, za każdym razem Cie zawodzę, za każdym sumienie krzyczy: BOGA!!! chyba, że jest zagłuszane. A ja zdając sobie sprawę z premedytacją choć w głębi duszy tego nie chce upadam, „marnotrawieje”, dźwigam ciężar życia, ciągle upadając, i tak będzie do końca mojego marnego żywota: „bo lepiej dla mnie umrzeć niż żyć”.
Boże jak wielkie jest twoje miłosierdzie, że jeśli szczerze żałuje odpuszczasz mi wszystkie moje nieprawości, wszystkie niegodziwości, wszystkie przewinienia i dajesz łaskę do ponownego powstania, ponowną szansę i choć wiem, że upadnę dostaje kolejną szansę i kolejną i następną, bo mnie kochasz, a ja mimo swej miłości wychodzę przeciw Tobie. Przeciw Panu Najwyższemu, mojemu Bogu, Ty cierpiałeś za mnie, a ja nie godny jestem tego cierpienia. Upodobałeś sobie we mnie, grzesznym słudze twoim  i mimo tego co czynię powierzasz mi misję, misję miłości, którą mam wypełniać idąc przez życie mimo słabości, i upadków.
Daj łaskę powstać i nieść swój krzyż zmierzając ku niebu, bo tam już zła nie będzie i panowania śmierci, otrzesz z mego oka wszelką łzę, a ja ujrzę Miasto Święte- Jeruzalem Nowe!!! Piękna to wizja i bardzo realna, tak niewiele ode mnie wymagasz, tak niewiele, dostrzegam to i pragnę iść dalej niosąc krzyż aż do wieczności- mojej ojczyzny!!!

Rozkwitanie

Standardowy

    Pan dał nam kolejny już w życiu Wielki Post. Kolejny raz wyciąga ku nam rękę do pojednania. On najpełniej pragnie naszego szczęścia, wiedzcie o tym i nieustannie to sobie przypominajcie nawet w najtrudniejszych chwilach, najgorszych momentach, gdy czujecie się sami opuszczeni nie poddawajcie się grzechowi, bo szatan was zniszczy. Walczcie o siebie, o Boga, o wartości nadrzędne, które ukierunkowują nas i pokazują jak mamy żyć.
     Ostatnio przeżyłem coś wspaniałego: byłem na kolejnym skupieniu Duszpasterstwa Młodzieży Nazaretańskiej w Żdżarach. Tym razem mówiliśmy sobie o wierze, wierze jako fundamentalnym akcie miłości człowieka do Boga i Boga do człowieka. Czym jest dla ciebie twoja wiara umiłowany bracie, kochana siostro??? Na to pytanie staraliśmy się odpowiedzieć sobie przez weekend. Padały rożne odpowiedzi:
- „wiara jest dla mnie siłą”, ktoś inny powie:
- „skałą, fundamentem”, jeszcze ktoś przyrównał wiarę do
-’tęczy”, odpowiedzi były naprawdę przeróżne, ale nie o to chodzi, w tym aspekcie trzeba spojrzeć na wiarę jako właśnie wcześniej wspomnianą miłość, w bardzo dobry sposób zobrazował nam to ksiądz mówiący kazanie, który to porównywał wiarę, a właściwie próby wiary Judasza, św. Piotra i  św. Pawła. Na katechezie mówiliśmy o wierze właśnie apostoła Piotra, która też miała swoje, nawet można powiedzieć, tragiczne upadki, ale Piotr potrafił powstać. Zupełnym kontrastem natomiast do obu świętych jest Judasz, którego chciwość doprowadziła do zguby.
    Odpowiedzcie sobie moi drodzy: czy za każdym potraficie po upadku wziąć krzyż i powstać, otóż odpowiedź jest jedna: Nie!!! Potrzebujemy Cyrenejczyków. Dobrych Szymonów, którzy pomogą nam dźwigać.
    Na zakończenie dnia była adoracja krzyża, chyba najlepsza rzecz jaką siostry mogły zaplanować na wieczór. Cóż z tego, iż wszystko było misternie przygotowane jak i tak cała modlitwa układała się po myśli Pana Boga. Na końcu została już niewielka grupka, bodajże tylko siedmioro nas było i to było najpiękniejsze, tylko my i krzyż i chwalenie Pana pieśnią. Ludzie  to było niebywałe przeżycie, doświadczenie zarazem miłości ukrzyżowanej, tej najpiękniejszej. Pomyślcie jaka jest wasza wiara, i czym ona jest dla was: czy jest miłością??? Dzięki za obecność wszystkich, która naprawdę dużo daje, szczególnie dziękuje tym co byli w kaplicy na adoracji, do końca  .

On kochał i umarł z miłości
Wy kochajcie a zmartwychwstaniecie jak On!!!

Nie wiem jaki dać tytuł

Standardowy

    Kiedy wszystko w życiu zaczyna się sypać, samemu popada się coraz bardziej w bagno zwane grzechem, brakuje wiary i jednocześnie wewnętrznego oparcia jakie ona stanowi najlepszą alternatywą dla człowieka staje się śmierć!!! Ale czy tak naprawdę śmierć??? Kiedy brakuje tego o nas napędzało świat staje w miejscu, wszyscy gdzieś biegną nie mogąc się zatrzymać a ty stoisz zobojętniały, zobojętniała na wszystko i przyglądając się temu wszystkiemu myślisz: „to nie ma sensu”, bo po co ludziom bieganie, po co w ogóle nam do szczęścia potrzebny Bóg??? Po co nam bliscy, znajomi, koledzy, spowiednicy. Po co przyjaźń ???
w dzisiejszym świecie nie dość, że zatracamy najwyższe wartości to jeszcze zachowujemy się jak ostatnie chamy!!! Nawet jeśli ktoś woła o pomoc to i tak tego nie dostrzeżemy, bo jesteśmy obłudni i kłamliwi. No tak, ale przecież jeżeli ktoś ma jakieś słabości to najlepiej jest to wyśmiać, a z problemem niech zostanie sam, tylko jakoś nie jest to takie zabawne jakby się mogło wydawać. Możemy mieć nawet najlepsze intencje, tylko, że często nie pokrywają się one z wolą osoby która jest po drugiej stronie. Kpina- dobry sposób na życie, ttttttttiiiiiiiiiaaaaaaaaaaaaa, no skoro tak jest lepiej, a kamuflowanie się stanowi niezbędną część życia, no to ja chyba tak nie potrafię!
Spójrzmy czasem na siebie, bo w oczach drugiego potrafimy zobaczyć zadrę, a w swoich belki nie dostrzegamy!!!!

Dlaczego Bóg stawia na mojej drodze takie, a nie inne osoby???!!!

Standardowy

     Mimo tego, że żyje na tym świecie dopiero 16 lat na swojej drodze spotkałem już wielu ludzi, którzy są mi bardzo bliscy. Pierwszą taką osobą była s. Stefania, której nie wiem jak wyrazić wdzięczność za wszystko czego mnie nauczyła. Była i jest dla mnie wzorem pokornej zakonnicy wypełniającej swoje obowiązki z takim namaszczeniem, jakiego nigdy w życiu nie widziałem i już na pewno nie spotkam. Drugą osoba, którą bardzo szanuje jest s. Marzena, z którą współpraca układa mi się znakomicie. Dziękuje za wsparcie i słowa pocieszenia w niektórych sytuacjach, nawet siostra nie wie jak dla mnie cenne!!!
Ludzie jeżeli macie przy sobie takich prawdziwych przyjaciół, od serca to doceńcie to, po przeczytaniu tego postu podziękujcie im za to, że są. Podziękujcie Panu Bogu- naszemu największemu przyjacielowi za to, że postawił ich na waszej drodze, pięknej drodze, której na imię życie. On chce naszego szczęścia, dlatego daje nam tak bliskich naszemu sercu.
Owszem są osoby, które w moim życiu znaczą bardzo dużo i mają u mnie pełne uznanie i szacunek i też mogę powiedzieć, że są moimi przyjaciółmi. Jeżeli czytają ten post to wiedzą, że o nich pisze!!!

 

Słowo Twoje lampą dla mych stóp i światłem drogi mej!!!

Standardowy

    Czym jest dla mnie Słowo Boże??? Kiedyś miałem taką sytuacje, gdy sprzeczałem się z kolegą na temat autentyczności Pisma Świętego, mówiąc mu , że patrząc z perspektywy czasu kiedy przez XIII wieków powstawały księgi Biblii i wszystkie one układały się w logiczną całość i znalazły swoje odzwierciedlenie w osobie Jezusa Chrystusa, usłyszałem z jego ust słowa: „Pismo Święte to największa fikcja literacka w dziejach świata” no to muszę przyznać ze wprawił mnie w co najmniej osłupienie.
Dlaczego ludzie nie wierzą mimo tak wielu świadectw: cud w Lanciano, stygmaty np: u O. Pio, nie wiem co jeszcze np: uzdrowienia na Jasnej Górze i wiele innych. Samo to już skłania do myślenia racjonalnie o wierze w Boga, a On Jest jeszcze hojniejszy i na potwierdzenie swojej działalności daje nam Księgi Pisma Świętego, Pisma które ma być dla nas świadectwem, ale i drogowskazem jak mamy w życiu postępować!!! Czy ma zawsze postępujemy tak jak Pan Bóg objawił nam na kartach Świętej  Księgi???

Seks w Bogu, czy Bóg w seksie???

Standardowy

    Dlaczego w dzisiejszym świecie dla wielu ludzi seks jest wartością nadrzędną, czymś w rodzaju bożka? Dzisiejszy świat przepełniony jest seksem. Wszędzie można go spotkać: w reklamie kosmetyków, na [bilbordach], wszędzie obecna jest nagość czy to dobrze? NIE- mówmy temu stanowcze nie. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy jak wielką presje może na nich wywierać nawet podświadomie taka reklama, czy też wcześniej wspomniany [bilbord]. Czy seks powinien być na pokaz? Czy może seks być w Bogu- otóż NIE!!!
Seks jest najpiękniejszym odzwierciedleniem miłości człowieka do człowieka – mężczyzny do kobiety, tylko i wyłącznie. I to nie takiej zwyczajnej miłości tylko tej sakramentalnej- małżeńskiej. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy jak wielką przysługę wyświadczył im Bóg dając możliwość zbliżenia płciowego. Kiedy to podczas uniesienia fizycznego i połączenia istot duchowo związanych w jedno ciało  poczyna się nowe życie. Wielki dar Boży, który w dzisiejszym świecie jest bardzo skomercjalizowany, napiętnowany przez media i wyuzdany przez  wypaczonych ludzi. To nie jest dobre i nie zmierza ku dobru. Dochodzimy do paradoksu, szkoda tylko, że ludzie tego nie widzą. A jak już nawet ktoś to wypatrzy, to i tak przechodzi obok tego obojętnie. Pomyśl na tym co jest dla ciebie w życiu najważniejsze, co teraz robisz- czy do tego dążysz???

Przyjaźń czym jest?!

Standardowy

    Drugiego dnia naszego żdżarskiego skupienia mówiliśmy o przyjaźni, o przyjaźni jako temu największemu dobru jakie spotykamy w życiu. Dobru, którego cena jest niepojęta, niewyobrażalna. Wreszcie o przyjaźni jako specyficznej relacji, swego rodzaju miłości między ludźmi lub też między człowiekiem, a Panem Bogiem. Pan stawia na naszej drodze wielu wspaniałych ludzi, wielu z nich też odgrywa kluczowe role w naszym pielgrzymowaniu do Domu Ojca.
Stawia jeszcze Jedną Osobę najważniejszą, nadrzędną jest nią On sam, Bóg będący zawsze przyjacielem, Jego jedynego możemy być zupełnie pewni, ale jakie są relacje między nami, a Nim??? Czy traktujemy Go w sposób godny przyjaciela??? Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna po prostu NIE!!! My traktujemy Pana Boga z góry, że niejako w relacji z Nim my odgrywamy tę najważniejszą rolę, a tu jest dokładnie odwrotnie. Jeżeli o coś Go poprosimy wręcz natychmiast chcemy reakcji z jego strony. Kiedyś papież Jan Paweł II powiedział, że wzorem modlitwy dla każdego chrześcijanina powinna być modlitwa Chrystusa w Ogrójcu. A Pan Jezus mówi wówczas wyraźnie „Jeśli chcesz oddal ode mnie ten kielich, lecz nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”. My nie mamy prawa żądać czegokolwiek od Boga, tak jak nie żądamy niczego od drugiego człowieka. Jego wola ma się w nas wypełnić do końca, Jego nie nasza!!! Czy ja jestem przygotowany na życiowy plan jaki wystosował do mnie Pan??? Czy mogę za Panem Jezusem  powiedzieć nie moja, ale twoja wola niech się stanie???  Czy jestem świadom tego czego oczekuje ode mnie Bóg w mojej przyjaźni z Nim??? On mnie kocha  i nigdy nie pozwoli na to aby idąc ścieżką powołania stała mi się jakaś krzywda!!!

Czym jest dla mnie młodość???

Standardowy

    Wczoraj wróciłem ze skupienia ze Żdżar. Rozważaliśmy na nim kilka prawd bardzo istotnych, choć moim zdaniem często zapominanych w dzisiejszym świecie. Jeden dzień był poświęcony właśnie młodości. Młodości jako temu najpiękniejszemu okresowi w życiu, kiedy wszystko się poznaje, próbuje się wszystkiego z czym będzie się miało do czynienia w życiu dorosłym i przede wszystkim rozpoznaje sie drogę własnego powołania! Święty Augustyn powiedział kiedyś, że jego największą porażką życiową, była utrata młodości poprzez rozpustę i nie traktowanie Boga na serio!!! Potem przestrzegał wszystkich, żeby nie szli jego śladami.
W młodości człowiek się formuje niejako ukierunkowuje na dalsze życie. Czy moje ukierunkowanie jest dobre??? Czy będąc chrześcijaninem wypełniam wszystko czego chce ode mnie Bóg??? Czy staram się w sposób czytelny i właściwy bez zbędnych tłumaczeń i maskowań rozpoznawać drogę  swojego powołania i iść nią??? Jaka jest dziś moja wiara, a jakie życie?! Rozumiem, tak,  w dzisiejszym świecie trudno oprzeć się niektórym pokusom, ale jednoznacznie stwierdzam, że jeśli się chce to można bardzo dużo!!!
Możemy oszukać księdza w konfesjonale, można, ale to do niczego nie prowadzi, Boga nie oszukamy!!! Myślicie, że życie w młodości w obłudzie nie zaowocuje w przyszłości????! To jesteście w wielkim błędzie, a statystyki są powalające, czy wszechobecny seks jest dobry ??? No według niektórych psychologów tak! (można przecież zdobyć tzw. doświadczenie), a jeszcze do tego posłuchać opinii niektórych ginekologów, to aż głowa boli, od tego co mówią. Wczoraj wieczorem oglądałem pewien program publicystyczny, wywiązała się w nim dyskusja na temat odpowiedniej antykoncepcji stosowanej w danym  wieku. Jeden z obecnych tam panów  (ginekolog właśnie) powiedział: „realia mówią za tym, że dostosowując odpowiednie zabezpieczenie musimy myśleć także o 15 letniej młodzieży”, powiedział też o tym, że co 6 piętnastolatek współżyje, a mnie w tym momencie normalnie ścięło! Myślcie nad tym co robicie! Dziś seks jest najwyższym dobrem duchowym i materialnym, a wszechobecne zło jeszcze wszystko podsyca!!! Takie są realia, no ale cóż widocznie mój system wartości kłóci się z systemem tamtego pana, odpowiedzcie sobie: do czego to wszystko prowadzi (seks w tym wieku, pijaństwo, ćpanie?!): Czy normą jest to, że 80% nastolatków powyżej 15 roku życia się regularnie masturbuje! Ludzie my popadamy w paranoje, uznajemy zło za dobro! Czy niemoralne życie, prowadzone w taki sposób doprowadzi nas do szczęścia,  jeśli uważacie, że tak, no to was rozczaruję, będzie to szczęście złudne, a kiedy się o tym przekonacie będzie już za późno! Nie chcecie nie wierzcie , wasza sprawa! I nie będzie już w waszych wspomnieniach pięknego okresu młodości, w którym poznawaliście Boga, tylko beznadziejny stos wydarzeń układający się w coś co możemy nazywać życiem, ale czy na pewno życiem? Ja bym powiedział, że raczej wegetacją, grą wstępną do wiecznego potępienia?! I pytam: Czy warto się niszczyć dla własnych odczuć i przyjemności fizycznych? Czy warto w ten sposób postępować???

Pan dał ci wolną wolę do ciebie należy tylko dobre wykorzystanie tego!!!

Koniec świata

Standardowy

    Święty Jan w Apokalipsie ukazuje dosyć tajemniczy opis końca czasów. Opowiada o walce dobra ze złem, o tym, że Bóg zatryumfuje, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że szatan też próbuje, łudzi się,  że zwycięży. I w jakiś sposób na pewno mu się to uda. Żniwo, jakie zbierze będzie duże, oczywiście bez porównania z „Plonami zbioru Baranka”. W jednym z komentarzy przeczytałem o roku 2012, myślę, że to jakieś bujdy, równie dobrze Dzień Pański mógłby przyjść teraz, musimy sobie to uświadomić. Pan Jezus nam wyraźnie powiedział: „czuwajcie bo nie znacie dnia ani godziny, w krórej Syn Człowieczy przyjdzie”. To będzie pewnie bardzo niespodziewany moment, którego nitkt z nas nie jest w stanie przewidzieć. I w tej chwili pojawia się dylemat znaków zapisanych w Apokalipsie. Według wytrawnych teologów większość z nich już się wypełniła, ale tego też nie należy brać zupełnie na poważnie. Święty Jan mówi o znakach, a my w różny sposób możemy to interpretować: mogą to być wszelkiego rodzaju katastrofy naturalne, wojny, terroryzm, ale tu tak naprawdę nic nie jest pewne. Apokalipsa sama w sobie jest dosyć zagadkowa, trudna do zrozumienia, wydaje mi się, że nikt nigdy nie zgłębi: co tak do końca jest w niej napisane dopóki nie stanie z Bogiem twarzą w twarz! Pan Bóg dopuszcza zło, ale tym samym wystawia nas na próbę. Wielu było fałszywych proroków, a ludzie nie poszli za nimi, założone przez nich religie upadały, bo tylko to co pochodzi od Boga jest w stanie przetrwać! Tylko jedno jest zupełnie pewne: Chrystus na pewno przyjdzie powtórnie, nasze zadanie to tylko czuwać i być gotowym! Mimo przepowiedni wielkich myślicieli (jak np: Nostradamus) Kościół podchodzi sceptycznie do tego typu teorii. Dlaczego tak jest? Dlatego, że nasza wiara opiera się na Słowach Pisma Świętego!  Czasem się zastanawiam i również ubolewam nad tym, że wierzymy w takie głupoty, a nie potrafimy przyjąć Dobrej Nowiny o zupełnym Zbawieniu Duszy i Zmartwychwstaniu Ciała. Niczego wielkiego od nas Pan nie wymaga, a dlaczego jest tyle niedowiarstwa i zła. Dlaczego tyle dusz pójdzie na wieczne potępienie??? Warto się zastanowić nad tym! My nawet nie zdajemy sobie sprawy jakim błogosławieństwem jest śmierć w odpowiednim momencie! Już nie wspominając o samym Dniu Pańskim, kiedy Syn Człowieczy przyjdzie, a my będziemy przez wieczność świętować Jego chwałę!

My mamy czuwać i być gotowi, tylko tyle, a jak wiele!

Czasem się zastanawiam!

Standardowy

    We wczorajszej Ewangelii spotkaliśmy się z zapowiedzią Ostatniej Wieczerzy. Gdy Chrystus przemienia wodę w wino.
Czy wierzysz w obecność Pana w Eucharystii? Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna po prostu NIE. Czy zdajesz sobie sprawę jak wielką świętość trzyma kapłan w swoich rękach podczas przeistoczenia?- NIE.
A wiesz co jest najbardziej denerwujące w tym wszystkim? Że często sami kapłani nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje na ołtarzu. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak mnie osobiście denerwuje gdy ksiądz recytuje bez większego zaangażowania modlitwę konsekracji. Może ci to wsio ryba, jak kto tam odprawia Msze Świętą, ale dla mnie to powinna być namiastka Uczty Niebiańskiej, a nie stek odklepanych formułek, układających się, choć nie zawsze w logiczną całość. Szkoda tylko, że jeszcze nie zaczną przy tym ziewać i bekać, byłoby przynajmniej zabawniej. Na szczęście pocieszam się, że nie wszyscy są tacy. Ale jedno pytanie może być nurtujące: Dlaczego tak jest?
Na to nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Kiedyś jedna święta powiedziała, że jeżeli byśmy w pełni  przeżyli jakąś Mszę Świętą, to Niebo otworzyłoby się dla nas natychmiast!  Tam dokonuje się tak wielka Tajemnica, której nikt z nas nigdy nie pojmie. Zastanów się czy wierzysz w to, że w komunii jest obecny sam Pan Jezus? Pomyśl, czy prawdziwie i autentycznie wierzysz, że słowa wypowiadane przez kapłana z mocą Ducha Świętego przeistaczają chleb i wino w Ciało i Krew Pańską? Czy też należysz do grona „wiernych”, którzy odklepują formułki mszalne i jeszcze mają czelność się przy tym mylić? Dlaczego tak jest, że ludzie nie wierzą w obecność Boga w Eucharystii? Dlaczego?!
Niech, ktoś kto jest pewien, ale to zupełnie pewien swojej wiary w Chrystusa pod postacią chleba, napisze komentarz pod tym postem, lub też podzieli się refleksjami na jego temat!

Dlaczego Bóg szuka mnie, nawet jeśli spycham Go na drugi plan!

Standardowy

    Pan Bóg niezależnie pragnie pełni naszego szczęścia, które możemy osiągnąć tylko w pełni pojednani z Nim. Tylko w pełni, to jest bardzo ważne, ale także zastraszająco trudne w dzisiejszym „cywilizowanym świecie”. Otworzyć się na Boga, mimo wszędzie ogarniającego nas zła i grzechu.
Czasem dziwię się Panu Bogu jak On może nam wszystko wybaczyć? Rozłożyć grzech i szatana tkwiących w nas na łopatki? Dlaczego Jego miłosierdzie względem mnie jest tak wielkie? Podziwiam wielu ludzi, którzy opierają sie grzechowi, dążą do świętości idąc prawdziwą drogą powołania?
Jaki jest dzisiejszy świat, jakie realia stawia przed nami dorastającymi ludźmi, poszukującymi życiowej drogi?
Pytam jakie: czy wszędzie obecny seks, pornografia, masturbacja, którą karmi sie dzisiejsza młodzież są dobre? Czy oglądanie tego typu filmów, czy czytanie takich czasopism dobrze wpłynie na rozwój psychiczno-seksualny osoby która to ogląda?
Staczamy się coraz bardziej, badania dowodzą, że prawie każda dziewczyna kończąca liceum nie jest dziewicą! To jest straszne, dlatego pytam każdego chłopaka:
Czy chciałbyś mieć żonę, która już jako młoda dziewczyna po prostu „puszczała się”? Niech któryś odważny mi odpowie! Nie powinno się gardzić ludźmi, ale czuje wstręt do tych chłopców, którzy wykorzystują każdą sytuację do przypadkowego stosunku!
Natomiast wy dziewczęta: ach tak rozumiem chłopiec musi być doświadczony, tak? Tylko szkoda, że nie zdobywał tego doświadczenia z Tobą i po ślubie. Odpowiedzcie sobie na pytanie: Czy naprawdę chcesz mieć męża, czy chłopaka, który w przyszłości może nie oprzeć się pokusie i wykorzystywać każdą okazje do skoku w bok?
A co na to Pan Bóg: On powiedział tylko: „Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili Ziemię”. Chrystus dopełnił tego ustanawiając sakrament małżeństwa. Naszym zadaniem jest tylko wytrwać w czystości do Niego, a jeśli się chce to z Bożą pomocą góry można przenosić!

Sentencja na dziś

Standardowy
Kiedy Pan wyciąga ku Tobie swą rękę,
nie lękaj się chwycić Go za nią,
i prowadzony tą ręką
wyjdź na głębię
tam, gdzie Pan Cię szuka.
Idź zawsze za głosem serca,
a gdy Bóg wezwie Cię do wyższych rzeczy
nie odmawiaj!!!

Ewangelia na dziś

Standardowy

       Uzdrowienie trędowatego.

W dzisiejszej Ewangelii mamy w sposób jasny przedstawioną postać człowieka proszącego o łaskę zdrowia. Jak wielu w życiu doświadczamy cudów, jak wiele łask otrzymujemy, ale tego nie dostrzegamy. Pomyśl sobie: czy nigdy w twoim życiu nie było ingerencji Pana Boga?

Ja osobiście przeżyłem jeden taki wstrząs. Siedziałem na ławce w prezbiterium w kościele, w Wielki Piątek, dwa lata temu, po skończonej posłudze przy adoracji Krzyża. Nagle zrobiło mi się dziwnie gorąco, nigdy wcześniej i nigdy potem nie miałem takiego uczucia. W natłoku napływających myśli „zapaliło się światło”: On umarł za mnie, nie miałem wątpliwości. To była ingerencja, odczuwalna ingerencja Pana Boga w moje życie. Był to bardzo ważny dla mnie moment, często do niego wracam.

Dziś rozmawiałem w szkole z koleżanką, która podaje się za ateistkę. Uważa Boga i szatana za postacie fikcyjne.  Twierdząc przy tym, że szatan jest fajniejszy, gdyż ona lubi czynić zło, ponieważ daje jej to satysfakcję i adrenalinę. To nie jest dobre podejście. Będę się dziś modlił o łaskę wiary i nawrócenia dla niej.

    Niech dozna cudu jak doznał oczyszczenia trędowaty!

O przyjacielu!?

Standardowy
Nawet nie zdajesz sobie sprawy
jak wielką przysługę wyświadczył mi Bóg
stawiając Ciebie obok mnie,
w każdym człowieku
trzeba szukać Chrystusa,
a gdy się Go odnajdzie
świat staje się piękniejszy!

Kołysząc Ewangelię

Standardowy
„Czas się wypełnił bliskie jest Królestwo Boże.
Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!”
 

    To najważniejszy cytat z dzisiejszej Ewangelii. Chrystus ukazuje na w nim pełnię Królestwa Niebieskiego i obietnicy Boga, która się w Nim wypełniła, jednocześnie wzywając do nawrócenia i wiary w to, co się w Nim wypełniło. Pan Bóg kocha nas i pragnie naszego szczęścia, którego możemy zaznać tylko żyjąc z Nim w komunii- pojednani z nim. Jeżeli żyjąc bez Boga uważamy, że jesteśmy szczęśliwi, to się grubo mylimy. Dlatego warto sobie zadać pytanie: Kiedy ostatni raz byłem u spowiedzi? Czy faktycznie jestem prawdziwym katolikiem? Czy byłbym w stanie oddać życie za wiarę? Pan Bóg kocha mnie ponad wszystko, czy odwzajemniam to uczucie choć po części? Z czym stanę przed nim na Sędzie Ostatecznym?
Nawracajcie się, bo bliskie jest Królestwo Boże!!! Warto się nad tym zastanowić!
Spójrz w głębię swojego chrześcijaństwa!